„Czereśnie zawsze muszą być dwie” by Magdalena Witkiewicz

Na dzisiejszym spotkaniu porozmawiamy o emocjach.

Temat niełatwy. Mówienie o emocjach nie jest naszą mocną stroną. Żadnej płci, choć my, kobiety, uwielbiamy zwalać na facetów. Że to oni są nieczuli, że nie potrafią okazywać swoich uczuć, że na pytanie „A kochasz mnie jeszcze?” odpowiadają „Yhm”, myśląc jednocześnie, że gdyby coś w tej kwestii się zmieniło, to by nam przecież powiedzieli. Albo zawinęliby się po prostu. Ale nie. My im dziurę w brzuchu, „No ale ty w ogóle mi uczuć nie okazujesz!”, mając na myśli brak motyli w brzuchu (se zawsze można narysować), płatków róż, którymi usłana byłaby woda w wannie, oświetlonej świecami i z oślim mlekiem (rany, potem to trzeba posprzątać…), noszenie na rękach, tudzież pląsanie boso o poranku po rosie (tego już może nie skomentuję….). Tak my to widzimy. Jak widzą to oni – a kto ich tam wie. Niby prości. Niby że tak to tak, a nie to nie. A jak przyjdzie co do czego, to cholera wie, co mu się tam w mózgu kluje. Bo jak my mówimy, że fajne te kwiatki Kryśka dostała, to przecież dla nas jasne jest, że to informacja, że my też kwiatków chcemy. A on raczej myśli, żeby pogadać z tym od Kryśki, co nawyrabiał.

Wstęp wyszedł mi, że ho ho. Ale do rzeczy. My tak naprawdę o emocjach też nie umiemy rozmawiać. Zwłaszcza tych niedookreślonych. W związku z powyższym pozwolę sobie na ujawnienie emocji, które mnie się wylęgły w moim żeńsko – męskim socjologicznym mózgu, po przeczytaniu „Czereśni”. A z racji tego, że muszę ten chaos, pchający się dziko na klawiaturę uporządkować, pozwolę sobie na wypunktowanie. Ponieważ moje emocje, związane z tą książką Magdy, dzielą się na jasne i przejrzyste, oraz na te właśnie niedookreślone. A wszystkie razem mocno pomieszane…

1) Smutek. Niby prawie 500 stron, ale jednak jakby za mało. Za szybko się skończyła ta niezwykła historia.

2) Zaskoczenie. Szczerze mówiąc – ta książka mnie mocno zaskoczyła. Jest inna od poprzednich, Magdaleno – wysoko sobie postawiłaś poprzeczkę ;) Tak jak poprzednie – książka znakomicie dopracowana, widać potężną pracę, wykonaną w ramach researchu, tym bardziej, że akcja osadzona jest w mocno nieoczywistym miejscu. Malowniczym zresztą, jak miałam przyjemność przekonać się na Spacerze z Pisarką (to się powinno wpisać na stałe we wszystkie spotkania autorskie – związek pisarza z czytelnikiem, moim skromnym zdaniem, jest jeszcze bardziej emocjonalny i pozytywny). Książka jest wielowątkowa, ale wszystko stanowi przepięknie spójną całość, spinając przeszłość z teraźniejszością, historię z przyszłością, a jednocześnie losami bohaterów rządzi jakaś magia…

3) Wzruszenie. Opisana przez Ciebie, Magdaleno kochana, historia miłośna, jedna i druga, i w sumie jeszcze trzecia i czwarta, biorąc pod uwagę nie tylko historię Anny i Zosi, ale również Janiny i Stefanii…no piękne. Po prostu piękne. Łzy w oczach miałam po wielekroć. Jakież zagmatwane mogą być ścieżki miłości… to tylko Ty mogłaś napisać.

4) Szok. Jak zwykle. Szok na dwa razy, raz pierwszy zaraz na początku, bo jakbym o sobie czytała, a szok drugi – oczywiście historia Anny. A właściwie jej współczesny finał.

5) Radość. Że jest nadzieja. Bo Ty, Madziu, w swoich książkach dajesz nadzieję. Pokazujesz historie, mniej lub bardziej będące fikcją literacką, ale doskonale wiemy, że jak najbardziej realne, że się zdarzają. I pokazujesz, że trzeba czekać. Że warto czekać. Przeczekać burzę, trzęsienie ziemi, zawał serca, najciemniejszą otchłań, rozpacz, koniec wszechświata, bo potem to już tylko może być lepiej. A każde takie doświadczenie daje nowe supermoce. A jak nie supermoce – to uczy, jak wyjść z takiej sytuacji. I że raczej nie chcemy się już w takiej znaleźć. To, jak potoczyły się losy bohaterów, to właśnie taka nadzieja.

6) Zachwyt. Willa, na której się wzorowałaś, kiedy ją zobaczyłam… jedyne, czego mi tam brakowało, to Anna, siedząca na ganku, ale tak szczerze mówiąc, to ja ją tam widziałam… nie miała co prawda czerwonej sukienki, tylko białą, zwiewną, i miała taki spokój na twarzy…

7) Wdzięczność. Że tak piszesz. Że przeniosłaś mnie tam, najpierw książką, a potem zabrałaś nas w to miejsce, by pokazać, co Cię zainspirowało. Dziękuję, że jesteś! <3

Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Książka leci do mojej Mamy, która zachwyci się pewnie nie mniej, niż ja. A potem pewnie dalej. A potem to już tylko pozostanie czekać na kolejne książki i polecać je dalej ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.