„Czarci krąg” by Iwona Banach

Znalezione obrazy dla zapytania czarci krąg banach

Kiedy wybucha fioletowa krowa – wiedz że coś się dzieje… Kiedy sięgasz po książkę Iwony Banach natomiast, wiedz, że mogą Cię czekać tylko dwie sytuacje. Albo Cię poruszy i wstrząśnie, albo… no właśnie.

Poczytałam ostatnio kilka mrocznych książek. Dwa thrillery, kilka kryminałów, jedną porażającą nowość pewnego wybitnie literacko płodnego polskiego autora. No to myślę – pora na odmianę. Zasadniczo po książki Pani Iwony sięgam w ciemno. Bo niezależnie od tego, czy w trakcie ich czytania znika dla mnie świat i pogrążam się w mroku, jak w przypadku „Masek zła” czy „Pocałunku fauna”, czy wzbudzam powszechne zainteresowanie okolicznej gawiedzi wybuchami wesołości – wiem, że nie będzie to czas zmarnowany. Czasem zmarnowanym staje się ten, kiedy nie mam możliwości pochłaniania kolejnych akapitów.

„Czarci krąg” zdecydowanie powalił mnie na łopatki. Tym razem w sposób „na wesoło”. A zaczyna się od wybuchu fioletowej krowy, a właściwie od pewnego psa Zyzola i odkrycia przez niego nagich kości w lesie. Tak na marginesie zawsze fascynowało mnie określenie „nagie kości”, momentalnie moja zwichrowana wyobraźnia zaczyna szaleć i widzi je ubrane. Chwiejące się na szpilkach, w garsonce od Chanel, wydające specyficzne dźwięki przy chodzeniu, taka kołatka jakby… wróć! No. To Zyzol znajduje kości, a z racji ich nietypowego ułożenia wieść gminna plotką błyskawicznie się niesie, że to pochówek wampiryczny jest. I nagle mała miejscowość zyskuje swój wyjątkowy charakter. Między tym wszystkim krąży Dziuńka, moja zdecydowana ulubienica w tej książce, która, w „delirium klemens”, postanawia zrobić karierę jako wapirzyca. Jednocześnie zaś Hanka, której babcie szyły sukienki, będące skrzyżowaniem „dziecka tęczy i kamizelki odblaskowej” oraz które to babcie chciały ją z „suchoklatesami” wyswatać, zaczyna prowadzić matrymonialne dochodzenie w sprawie właściciela pobliskiego pałacyku. Między tym wszystkim jest lekko zwichrowana teściowa komendanta, a na dobitkę profesor Kociołek, profesor ufologii, z maszynerią, od której pękają jajka w lodówce i ścina się mleko, a porodówka zaczyna wyrabiać normy jak za dawnych dobrych czasów peerelu wyrabiali przodownicy pracy.

Nie ukrywam, uprzejmie uprzedzam i donoszę, że czytanie tej książki w miejscach publicznych nie jest wskazane, gdyż albowiem prowadzi do nieopanowanych wybuchów śmiechu. Momentami miałam wrażenie, że za momencik zobaczę za sobą przesympatycznych panów z takim ładnym, białym wdziankiem, wiązanym przez plecy. Ale wszystko było warte tego, by przeczytać tak pokręconą historię. Aaa bo przecież jeszcze zapomniałam napisać, że to kryminał jest. Trup ściele się gęsto, wampiry krążą nad głowami, ludzie nabawiają się traumy na całe życie, zwłaszcza rozczuliła mnie historia Mariuszka, wychodzą na jaw tajemnice sprzed lat, a całość jest napisana tak, że aż się syndrom odstawienia pojawia, kiedy człowiek już naprawdę MUSI przerwać.

Polecam z całego serca!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.