„Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” by Janusz L. Wiśniewski

20171115_140246_resized

„Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na Ciebie zupełnie ktoś inny…”

Tymi słowy rozpoczyna się najnowsza książka Janusza Leona Wiśniewskiego „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Książka niezwykła, jakże inna od wszystkiego, co ostatnio czytałam… Lubię tego Autora. Nie tylko za „S@motność w sieci”, ale ostatnimi czasy za zbiory opowiadań. Jego książki są poruszające, nieoczywiste, mocne, ale jednocześnie opatulające niezwykłym spokojem. Swoją najnowszą powieścią doprowadził mnie do punktu, w który już bardzo dawno nie byłam – do zaznaczania miejsc w książce, które najmocniej mnie poruszyły. A było ich niezwykle wiele…

To historia pewnego mężczyzny. Matematyka, genialnego umysłu, znakomitego specjalisty. Któremu nagle ten umysł funduje wstrząs, dający w efekcie motywację do zastanowienia się, na ile każdy kolejny projekt rzeczywiście był ważniejszy od tego, co było poniekąd obok. Od każdej kobiety w jego życiu, na córce poczynając, od każdej miłości, którą był obdarzany, ale jej dać nie potrafił. Od wszystkich poświęconych chwil, od każdej wylanej łzy, od każdej możliwości bycia z kimś w pełni i naprawdę blisko.

Jednocześnie Autor wprowadza nas w świat matematyki, psychoterapii, historii, w sposób zrozumiały i ciekawy. Ciekawym zabiegiem jest również prowadzenie przez postaci monologów; powoduje to przedstawianie historii w sposób ciągły, spójny i czyni ją jeszcze bardziej intrygującą.

Tytuł ma dla mnie niejako dwa znaczenia. To dosłowne, na które tak czekano w klinice w Amsterdamie, i to będące metaforą. Metaforą otwarcia oczu nie tylko na siebie, na swój cel, na swoje pragnienia, ale na spojrzenie w końcu trochę wstecz, by zrozumieć, jakie czynniki, jakie własne decyzje doprowadziły do tego, kim pacjent się stał. I by zrozumiał w końcu, że zostawiał kobietom po sobie nie tylko rozpacz i gorycz, ale też piękne wspomnienia. I dopiero to pozwoliło mu naprawdę dojrzeć do miłości.

Piękna książka, serdecznie polecam!

„Gra o wszystko” by Joanna Opiat – Bojarska

Są książki, które powodują, że muszę się na chwilę zatrzymać po ich przeczytaniu. Muszę na moment ochłonąć, poukładać sobie w głowie to, co przeczytałam, a przede wszystkim wyjść z przedstawionego w nich świata, który oblepia mnie jak najgęstsza z gęstych melasa. Bo ładunek emocjonalny, jaki niosą ze sobą jest tak potężny, że nie da się tak po prostu wrócić do otaczającej mnie rzeczywistości.

Joanna Opiat – Bojarska ma rzadki dar. Jej książki nie tylko są niewiarygodnie dobrze dopracowane w szczegółach, ale przede wszystkim za każdym razem wprowadzają w klimat mocno specyficznych problemów. Problemów, o których nie mówi się głośno. Które dla jednych problemem są, a dla innych stanowią po prostu codzienność. Codzienność, która może stać się w pewnym momencie więzieniem.

„Gra o wszystko” to ciąg dalszy historii Aleksandry Wilk. Dla tych, którzy nie czytali poprzednich części – nie, nie zdradzę, jakiej historii. Jedno mogę tylko powiedzieć – mocno skomplikowanej. Tym razem bohaterka trafia w sam środek sytuacji, która może zdawać się pokłosiem prowadzonej przez nią terapii. I tu czytelnik wchodzi w świat mroczny. W świat parafilii, lepiej znanych jako dewiacje seksualne. Świat seksu, pożądania, pragnień, niebezpiecznych gier i groźnych zachowań. I w tym świecie pojawia się ktoś, kto, uważając się za boga, postanawia ukarać w najbardziej wymyślny sposób osoby, dla których tylko najbardziej wyuzdane zabawy są drogą do zaspokojenia. Morderca wydaje się krążyć wokół głównej bohaterki jak wilk. I tak naprawdę wiele wskazuje na to, że Aleksandra rzeczywiście może być zamieszana w kolejne morderstwa…

Joanna Opiat – Bojarska stworzyła kolejną znakomitą książkę. Czyta się to znakomicie, problemem jest konieczność wykonywania czynności domowych oraz, niestety, praca. Bo ciężko jest się od tej książki nie tylko oderwać, ale i ciężko wrócić z tego świata do normalności. Postacie są znakomicie zarysowane. Równie interesujący jest wątek drugi, czyli prowadzona przez Urszulę sprawa z Archiwum Z, dotycząca morderstwa małej dziewczynki. Wkurzający mocno jest Tomasz. Aleksandrę momentami mam ochotę złapać za fraki i nią mocno potrząsnąć, bo popełnia kardynalne błędy. Czytając książkę czułam się po prostu, jakbym tam była. W tej historii. Autorka znakomicie potrafi słowem rysować obrazy tak realistyczne, że aż momentami naprawdę przerażające. I naprawdę później ciężko jest się przestawić na normalne funkcjonowanie…

A tak swoją drogą – te tytuły tych królowych i innych… ja tego nie rozumiem. Bo królowa może być tylko jedna. I to akurat w przypadku, o którym myślę, nieco samozwańcza. Żeby zasłużyć na jakikolwiek tytuł, uważam, że trzeba się wykazać znakomitym dorobkiem. Znakomitym warsztatem, świetnym wyczuciem tematu, o którym się pisze, a przede wszystkim umiejętnością wciągnięcia czytelnika w tworzony przez siebie świat. Takiego wciągnięcia, żeby czytelnik z niecierpliwością czekał na książki kolejne. Odliczał dni do premiery i rzucał wszystko, by się w książkę zagłębić. Joanna Opiat – Bojarska należy do wyjątkowego Klubu Elity Anki. Mam tam zaproszonych niewielu Autorów, w zaszczytnym gronie znaleźli się ci nieliczni, których pióro jest dla mnie mistrzowskie. I tylko takich polecam innym ;)

Ps. To kiedy następna? ;)

„Lustereczko, powiedz przecie” by Alek Rogoziński

Aleksandrze, mam do Ciebie żal. No muszę to napisać. Mam do Ciebie żal ogromny jak torbiel szyszynki. A nawet jeszcze większy. Człowiek czeka miesiącami, tipsy zżera z niecierpliwości, bo się nasłuchał na spotkaniu autorskim o nowej książce i się doczekać nie może, a tu masz… nie wiem, jak ja Ci to wybaczę… ta książka jest zdecydowanie za dobrze napisana i zdecydowanie za szybko się ją czyta!!!!!!!! :D

Dobra, to teraz już na serio. Naprawdę czekałam na tę książkę z niecierpliwością. Różę pokochałam miłością dozgonną od pierwszego jej pojawienia się w poprzedniej powieści. I choć nadal nie pamiętam, kto zabił, bo szyszynka, i pewnie będę musiała jeszcze raz przeczytać, co uczynię z przyjemnością – Róża wymiata.

Tak trochę mi się przypomniało o „Klinie” Joanny Chmielewskiej.  Ale Róża jest bardziej. Bardziej zakręcona, bardziej postrzelona i bardziej niepokorna. I ileż ciepłych myśli przebiegało mi kurcgalopkiem, kiedy czytałam o tych jej fantazjach, które za młodu miewała, widując to Kopernika, to Jana III Sobieskiego wraz z koniem… i ileż jej się roiło w głowie fantazji, doprowadzając do rzucania podejrzeń na Bogu ducha winne osoby… no to już nie ja, ale mnie talentu do pisania kryminałów brak, chyba moja wyobraźnia ma jednakowoż swoje granice :D

Zadziwiło mnie środowisko misterów, pomijając oczywiście Wielce Przystojnego Rafała Maślaka, który tak znakomicie swoją rolę w tej książce odegrał. Aż trochę żal mi go było z tym całym uwielbieniem Róży… reszta natomiast „przystojniaków” z betonowym myśleniem, mówiąc kolokwialnie, rozwaliła mi system. Mario oczywiście natychmiast stał się moim idolem i pragnęłabym go poznać jak kania dżdżu.

Jednakowoż obawiam się, że Pepe będzie mi się jawił jeszcze przez jakiś czas jako Dzwoneczek, a że akurat w sprzeczności ze średnio wybujałą wyobraźnią stoi moja doskonale rozwinięta zdolność do wizualizacji – Pawełku, Ty mi się tak jawisz, jak mi się nie chce zmyć makijażu wieczorem :D

Alek, napisałeś książkę znakomitą. Ryczałam ze śmiechu z częstotliwością przyprawiającą kota o zawał, a małża o notoryczne pytania, skutkiem czego odbywało się czytanie na głos. Zamotałeś intrygę znakomicie, Róża jak zwykle stanęła na wysokości zadania, dając czadu, olewając konwenanse oraz policję, a środowisko misterów, jeśli rzeczywiście te chłopy też potrafią być tak zawistne, jak baby, to klękajcie narody – no po prostu nie zostaje mi nic innego, jak dziękować Ci za kawał dobrej roboty!

A wszystkim polecam, tylko uprzedzam, że jak się zacznie czytać w niedzielę po południu, to poniedziałek może być jeszcze gorszy niż zwykle, bo oczęta na zapałkach jakby nie najlepiej wyglądają, a tej książki nie da się tak po prostu odłożyć, skutkiem czego człowiek chodzi jak zombie, które przeszło grypę żołądkową i siedem plag egipskich co najmniej…

„Ósmy cud świata” by Magdalena Witkiewicz

Wiesz, jak to jest, kiedy szukasz? Każda z nas szuka miłości. W ósmej klasie koleżanka wpisała mi do pamiętnika „Nie szukaj miłości. Kiedy przyjdzie właściwy czas – sama cię znajdzie”. I wiesz co? Wpisów było dużo. I tak szukałam. Ale czasami nagle i znienacka ten właśnie jeden nagle zapalał mi się nad głową jak pamiętna żarówka z jednej z kreskówek z mojego dzieciństwa…

Ostatnio czytałam głównie kryminały. Trochę po to, żeby zająć myśli czymś innym, niż proza życia. I trochę się bałam książki Magdy. Bo ona tak mocno o życiu pisze. A ja tak trochę na zakręcie jestem… Ale wiesz co? Sięgnęłam po nią. Nie umiałam się powstrzymać. I, jak zwykle, okazało się, że to jest to, co dokładnie w tym momencie jest mi potrzebne. Historia kobiety też trochę na zakręcie. Opowieść o dziewczynie, która szuka. Która ma odwagę iść własną drogą. Zazdroszczę jej tego bardzo…

Magia jest cudowna, wiesz? Magia objawia się na różne sposoby. Czasami to rosa na trawie, czasami uśmiech dziecka. Ale magia Magdy jest wyjątkowa. Bo Ona potrafi Cię zaczarować tak, że nagle znajdujesz się w świecie pełnym orientalnych zapachów, smaków, legend i przepięknych obrazów słowem malowanych tak jak tylko Magda potrafi…

Zakochałam się. W Wietnamie, w magii, w tej książce. W tej historii, teoretycznie tak prostej, ale jednocześnie tak cudownej. Magda, dziękuję Ci za te motyle w brzuchu, których nie musiałam sobie narysować ;) Dziękuję Ci za książkę, dzięki której na moment zniknęłam w zupełnie innym świecie. Za historię, która dała mi coś, czego akurat najbardziej potrzebowałam. A przede wszystkim za przybliżenie cudowności Wietnamu <3

A wszystkim polecam z całego serca!

„Motylek” by Katarzyna Puzyńska

Rzadko sięgam po nowych autorów. Przyzwyczajona do stylu znanych mi już pisarzy, spokojnie opadam na sofę, otulona szczelnie ich słowami, ich sposobem patrzenia na świat i, często, znanymi mi już postaciami. Tym bardziej, że kiedy ostatnio sięgnęłam po książkę nie znanej mi dotąd autorki, poczułam się mocno zniesmaczona i zdegustowana. Ale jakoś tak dziwnym trafem zdarzyło się, że z Małoletnim udałam się do sklepu, specjalizującego się w sprzedaży klocków Lego. I, jak się okazało, również kieszonkowych wydań książek. I na ladzie leżała sobie książka w pięknej, twardej oprawie, w kuszącej cenie, a że niektórzy z moich ulubionych Autorów już polecali, no to pomyślałam, co mi szkodzi.

I zaszkodziło. Zaszkodziło moim paznokciom, bo zeżarłam, zaszkodziło generalnie wszystkiemu, co mogłoby mi czas niepotrzebnie zabrać, czyli tak prozaicznym czynnościom, jak pranie, sprzątanie, oglądanie ogłupiaczy czy wreszcie monologowanie z Małżonkiem. Bo przy rozmowie z Nim to już jednak się skupiam.

Tradycyjnie – streszczenie dostępne na wielu dowolnych portalach. Co mogę powiedzieć ja – Anka? Wciąga. Od pierwszych stron wciąga. I tak jak śnieżna kula – im dalej, tym coraz szybciej toczy się akcja, coraz więcej się dzieje. Tu nie ma jednego bohatera książki. Teoretycznie wydawać by się mogło, że to Weronika. Ale tak naprawdę od niej zaczyna się historia, a właściwie od momentu jej pojawienia się w Lipowie zaczyna się obserwacja zdarzeń w tej miejscowości. I choć jakby klamrą spina się początek i zakończenie, to tu nic nie jest oczywiste. Żadna z postaci nie wydaje się być tym, kim zdaje się być postrzegana przez innych. Każda z nich natomiast stanowi zagadkę dla czytelnika. Bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, o co chodzi i kto jest kim. I kto z kim. I choć niektóre wątki wyjaśniają się w trakcie, nie ma pewności, czy znowu coś ich nie pokręci.

Książka znakomicie napisana. Znakomicie się czyta i cieszę się, że są kolejne części cyklu, w które już się zaopatrzyłam profilaktycznie. Bo oto, Szanowni Państwo, niezależnie od tego, czy ktoś to czyta, czy nie – mam nową, ulubioną Autorkę. I czas niniejszym kurczy mi się jeszcze bardziej… ale kto by tam spał ;)

Polecam z całego serca!

„Czarci krąg” by Iwona Banach

Znalezione obrazy dla zapytania czarci krąg banach

Kiedy wybucha fioletowa krowa – wiedz że coś się dzieje… Kiedy sięgasz po książkę Iwony Banach natomiast, wiedz, że mogą Cię czekać tylko dwie sytuacje. Albo Cię poruszy i wstrząśnie, albo… no właśnie.

Poczytałam ostatnio kilka mrocznych książek. Dwa thrillery, kilka kryminałów, jedną porażającą nowość pewnego wybitnie literacko płodnego polskiego autora. No to myślę – pora na odmianę. Zasadniczo po książki Pani Iwony sięgam w ciemno. Bo niezależnie od tego, czy w trakcie ich czytania znika dla mnie świat i pogrążam się w mroku, jak w przypadku „Masek zła” czy „Pocałunku fauna”, czy wzbudzam powszechne zainteresowanie okolicznej gawiedzi wybuchami wesołości – wiem, że nie będzie to czas zmarnowany. Czasem zmarnowanym staje się ten, kiedy nie mam możliwości pochłaniania kolejnych akapitów.

„Czarci krąg” zdecydowanie powalił mnie na łopatki. Tym razem w sposób „na wesoło”. A zaczyna się od wybuchu fioletowej krowy, a właściwie od pewnego psa Zyzola i odkrycia przez niego nagich kości w lesie. Tak na marginesie zawsze fascynowało mnie określenie „nagie kości”, momentalnie moja zwichrowana wyobraźnia zaczyna szaleć i widzi je ubrane. Chwiejące się na szpilkach, w garsonce od Chanel, wydające specyficzne dźwięki przy chodzeniu, taka kołatka jakby… wróć! No. To Zyzol znajduje kości, a z racji ich nietypowego ułożenia wieść gminna plotką błyskawicznie się niesie, że to pochówek wampiryczny jest. I nagle mała miejscowość zyskuje swój wyjątkowy charakter. Między tym wszystkim krąży Dziuńka, moja zdecydowana ulubienica w tej książce, która, w „delirium klemens”, postanawia zrobić karierę jako wapirzyca. Jednocześnie zaś Hanka, której babcie szyły sukienki, będące skrzyżowaniem „dziecka tęczy i kamizelki odblaskowej” oraz które to babcie chciały ją z „suchoklatesami” wyswatać, zaczyna prowadzić matrymonialne dochodzenie w sprawie właściciela pobliskiego pałacyku. Między tym wszystkim jest lekko zwichrowana teściowa komendanta, a na dobitkę profesor Kociołek, profesor ufologii, z maszynerią, od której pękają jajka w lodówce i ścina się mleko, a porodówka zaczyna wyrabiać normy jak za dawnych dobrych czasów peerelu wyrabiali przodownicy pracy.

Nie ukrywam, uprzejmie uprzedzam i donoszę, że czytanie tej książki w miejscach publicznych nie jest wskazane, gdyż albowiem prowadzi do nieopanowanych wybuchów śmiechu. Momentami miałam wrażenie, że za momencik zobaczę za sobą przesympatycznych panów z takim ładnym, białym wdziankiem, wiązanym przez plecy. Ale wszystko było warte tego, by przeczytać tak pokręconą historię. Aaa bo przecież jeszcze zapomniałam napisać, że to kryminał jest. Trup ściele się gęsto, wampiry krążą nad głowami, ludzie nabawiają się traumy na całe życie, zwłaszcza rozczuliła mnie historia Mariuszka, wychodzą na jaw tajemnice sprzed lat, a całość jest napisana tak, że aż się syndrom odstawienia pojawia, kiedy człowiek już naprawdę MUSI przerwać.

Polecam z całego serca!

„Dotyk” by Claire North

Z zasady nie przepadam za książkami zagranicznych autorów. Nie ma w tym wiele z patriotyzmu, to raczej kwestia tego, że polskie książki czytam w oryginale, a zagraniczne noszą jednak na sobie piętno?, ślad?, tłumaczenia. Jednakowoż ostatnio kilka razy zdarzyło się, że otrzymałam prezent w postaci właśnie wydawnictwa niepolskiego. I… no cóż. Do literatury zagranicznej zraziłam się po ostatniej przeczytanej książce Kinga, z żenującym tłumaczeniem, które kompletnie do mnie nie przemówiło. Długa przerwa. I najpierw „The Call”, a teraz „Dotyk”, sprezentowany mi przez Przyjaciółkę (Monika – dziękuję <3 ).

Zdarza Ci się tracić czasami orientację? Jesteś w jakimś miejscu i na zamyślenie zrzucasz fakt, że nagle jesteś zupełnie gdzieś indziej? Zastanawiasz się, skąd TO wzięło się w Twojej torebce? Myślisz, czy żelazko jest wyłączone? Albo czy w ogóle prasowałaś/łeś? Czy to sen, czy jawa? Zwłaszcza, kiedy w połowie dnia przypominasz coś sobie i nie wiesz, czy Ci się to śniło, wydawało, wyobraziłaś/łeś sobie tylko, czy może wydarzyło się naprawdę… Tak, to jedna z tych książek. Tych, które powodują, że sny są bardziej…. a jawa staje się chwilami nie do ogarnięcia. Jedna z tych, kiedy kradniesz chwile, by czytać, co dalej. A dalej jest coraz bardziej… no właśnie.

„Dotyk” to historia Istotny, znanej jako widmo. Złodzieja tożsamości. Czegoś lub kogoś, przez co nie wiesz, gdzie umknęło Ci kilka minut, godzin, tygodni, miesięcy, a nawet lat. Czegoś lub kogoś, co czuje, myśli, pamięta. Czasami niszczy, czasami tworzy. Czasami pomaga, czasami rujnuje. Co powstaje w wyniku niewyobrażalnego cierpienia. I trwa, dopóki sam/o nie zdecyduje o samounicestwieniu.

Thriller to mało powiedziane. To przerażająca opowieść o czymś, co mogło się wydarzyć? Co dzieje się? Już sama nie wiem…

Ale wiem, że polecam!

„Demon” by Łukasz Henel

Góry Sowie stanowią zagadkę. Każdorazowo zbliżając się w te rejony, odwiedzając Kompleks Riese, czy nawet zamek w Książu, czułam na plecach oddech tajemnicy. Potęga kompleksu, budowanego latami w zboczach gór przez nazistów, niewyjaśnione przeznaczenie korytarzy i wielkich hal – to wszystko powoduje, że w głowie rodzi się milion domysłów, co mogło tam się dziać. Coś wiemy, te drobiny, które „pozwolono” nam odkryć. Ile tajemnic skrywają jeszcze Góry Sowie – to wiedzą tylko nieliczni.

Jednocześnie rejon ten jest przepiękny. Malownicze zbocza gór, rewelacyjne trasy turystyczne i wreszcie wspaniały zamek Książ – to wszystko stanowi o niezwykłym uroku tego regionu. Znając te wszystkie piękne miejsca, znając trochę Wałbrzych, wzięłam się za czytanie „Demona”. No i teraz mam problem…

Szanowny Panie Autorze. Zawiodłam się na Panu. Potężnie. Czytałam wcześniejsze Pana książki, których akcja umiejscowiona była gdzieś tam hen, daleko ode mnie. Oczywiście i „On”,”Podziemne miasto”, i „Szkarłatny blask” uwiodły mnie, co nie jest łatwe, bo jestem ciężkim kalibrem czytelniczym. A tu… no wziął i akcję umiejscowił w moich ukochanych Górach Sowich. Panie Autor, jak ja mam teraz po tych górach i pagórkach chodzić???

Żart oczywiście z tym zawodem ;) Mroczność książki – daję 10 na 10. Już od samego początku wskakuje się w gęstą jak bagno historię, czarną i okrutną. Później jest już tylko coraz trudniej… gdzieś tak po jednej trzeciej sny miałam mocno ciężkie i straszne, a im dalej zagłębiałam się w historię rzeczonego demona, przeplataną historiami o wampirzycach, czarownicach, Ahnenerbe, eksperymentach nazistowskich, straszliwym losie dzieci, na których badania prowadził jeden ze zbrodniarzy, tym nie tylko trudniej było mi się oderwać od tej książki, ale coraz bardziej mnie przerażała. Jedno jest pewne – chodząc po Górach Sowich na każdym pagórku ukradkiem będę rzucać kamieniem, by sprawdzić, czy nie stoi tam ukryte schronisko, będę nasłuchiwać wycia wilków, będę szukać śladów… a zakończenie to już w ogóle znakomite. Gratuluję kolejnej świetnej książki, a wszystkim, którzy lubią takie mroczne klimaty – serdecznie polecam!

„Najgorsze dopiero nadejdzie” by Robert Małecki

Czasami sięgnięcie po jakąś książkę w moim przypadku jest zupełnie spontaniczne. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czytam w pierwszej kolejności moich ulubionych Autorów. Czasami czytam tych, których ci Autorzy polecają. A czasami sięgam po książkę, bo intuicja mi podpowiada. I jeszcze ani razu intuicja się nie pomyliła. Uśpiła się dwa razy, przy światowych „bestsellerach”, które okazały się nie tylko stratą czasu (na szczęście nie pieniędzy), ale przy których wymiękłam po około osiemdziesięciu stronach. Zawsze mówiłam, że – jak z miodem – najzdrowiej lokalnie.

Ta książka to był spontan. Kręciłam się koło niej w pewnej sieciowej księgarni, zerkała na mnie kusząco, kiedy odbierałam kolejne zamówienia, zastanawiałam się, wertowałam, aż w końcu…. stało się. Zaczęłam czytać. I tak strasznie mi to skomplikowało żywot… Bo tak – obiecująco wygląda sam fakt, że tom pierwszy. Znaczy, że będzie więcej. Ale z drugiej strony – no jak tu potem czytać następne, bo nie wiem, kiedy następne, a przy moich przypadłościach różnych to zapomnę, o co kaman. Ale nic to, przypomnę sobie. Jednakowoż problem z tego typu książkami, co to Autora nie znam, w sensie nie znam jego stylu pisania, polega na tym, że nie jestem w stanie przewidzieć, jak bardzo będę musiała przeorganizować życie, żeby CZYTAĆ. Wchłaniać. Pochłaniać. Olewać wszystko inne, albo przyspieszać, by móc poczytać. No i kapa. Kanał. Kolejny raz intuicja dała mi się we znaki.

Panie Robercie – gratuluję. Udało się Panu napisać książkę (choć wyrywało mi się spod palców „stworzyć dzieło”), która wciągnęła mnie kompletnie i bez reszty. Po streszczenie treści jak zwykle odsyłam zainteresowanych do różnych portali – ja napiszę subiektywnie. Książka znakomita. Zagmatwał Pan fabułę w sposób przeze mnie mocno lubiany. Historia sprzed lat, której pokłosiem stają się układy i układziki na szczeblach władzy lokalnej, kilka ofiar śmiertelnych, nadal nie rozwiązana zagadka zaginięcia, dramat, który po latach pozwala na ujawnienie nieczystych zagrywek i Wielki Brat, jak ochrzciłam Szamana i już jestem ciekawa, jak jego wątek zaistnieje w kolejnych tomach. Nie ukrywam, że jeszcze chwilę zajmie mi poukładanie niektórych wątków, taka moja przypadłość, ale mam nadzieję, że ogarnę. Bo nie pasuje mi tylko jedna rzecz, w sensie nie do końca jestem pewna, dlaczego się stało jak stało się, ale nie to jedno rozkminiałam na raty, więc myślę, że w końcu…

Jedno, co mogę powiedzieć – gratuluję serdecznie i czekam na kolejne! A książkę serdecznie poleca wszystkim, którzy są w stanie docenić kawał naprawdę świetnej, pisarskiej i kryminalnej roboty!

„Zombie” by Wojciech Chmielarz

Z pamięcią bywa bardzo różnie. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy obdarzeni zostali tą ejdetyczną i pamiętają, co robili 22 października 2007 roku na przykład. Co powinnam pamiętać i ja, ale bez spojrzenia na obrączkę to nie ma bata, żeby przyszło samo z siebie. A co robiłam na przykład w ósmej klasie podstawówki pod koniec czerwca? Mając lat piętnaście? Jak przez mgłę.

Kiedy zabrałam się za „Zombie” Wojciecha Chmielarza, musiałam sobie przynajmniej po łebkach przypomnieć, o co chodziło w „Wampirze”. Moja pamięć niestety zaburzona jest przez pewną przypadłość, nieco utrudniającą mi życie, ale kiedy czytałam „Zombiego”… wróciło samo. Już sam fakt, że akcja toczy się w Gliwicach, że rozpoznawałam opisywane miejsca, że mniej więcej byłam w stanie zlokalizować miejsce zamieszkania Dawida i Karoliny (Wojciech, wiem, że nie Manhattan, pomyliły mi się bloki, a chodziło mi właśnie o to osiedle, o którym mi pisałeś ;) ), że w sumie w tych miejscach bywałam – to wciągnęło mnie jeszcze bardziej, bo nie musiałam sobie wyobrażać, czy wizualizować miejsc, po których poruszają się bohaterowie. A bohaterowie są… o rany boskie… Wiesz, już dawno nie zdarzyło mi się spotkać w książce głównego bohatera tak wkurzającego do granic niemożliwości. Dawid wyprowadzał mnie z równowagi swoim egoizmem, brakiem jakiegoś życiowego ogarnięcia, momentami miałam wrażenie, że z niego taki detektyw, jak, za przeproszeniem, z koziej rzyci rajzentasza. Sposób, w jaki traktował Martę, jego przejmowanie się tylko własnym kawałkiem tylnej części ciała, to wszystko doprowadzało do szału, ale znakomicie wpasowało się w fabułę.

Adam zaskoczył mnie mocno. Cała historia, która zaczęła się, kiedy miał piętnaście lat, a której smutny finał miał miejsce dwadzieścia lat później, krzywda, którą wyrządzał, którą wyrządził, i która w konsekwencji pociągnęła za sobą śmiertelne żniwo – porażająca w swojej sile i tym, jak bardzo wpłynęła na losy poszukiwanego przez niego mordercy. I pokazuje, jak bardzo jednak pamięć potrafi być omylna…

Książka wciąga jak najmroczniejszy wir. Bardzo trudno jest się od niej oderwać, czyta się ją z jednej strony ciągiem i płynnie, wraca się do niej myślami, kiedy jednak trzeba oddać się pracy zarobkowej, a potem wciąga jak czarna maź, by wreszcie na końcu wprowadzić czytelnika w stan totalnego osłupienia. Szanowny Panie Autorze – znakomita! Fantastycznie skonstruowana fabuła, zakończenie mistrzowskie, mam wrażenie, że ta książka podoba mi się najbardziej ze wszystkich dotychczas przeczytanych. A podobały mi się wszystkie. I na pewno będę ją polecać!