„Dziecięce koszmary” by Lisa Gardner

Gdy rozum śpi, budzą się demony… teoretycznie to pierwsze, co przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej książki. Teoretycznie, bo raczej powinnam napisać, gdy dusza śpi… To jedna z tych książek, których nie umiałam przeczytać jednym ciągiem. Zachęciła mnie do niej Koleżanka, nota bene dziewczyna, która tę książkę przetłumaczyła. Wiedziała, że jestem miłośniczką książek polskich, a do zagranicznych, zwłaszcza anglojęzycznych, zraziłam się właśnie przez fatalne tłumaczenia. W sumie od końca zaczynam, ale… to tłumaczenie jest tak znakomite, że nie sposób o tym nie wspomnieć.

Książka do łatwych w odbiorze nie należy. Porusza niezwykle trudny temat dzieci, które dla siebie i innych stanowią zagrożenie. Ich demony mają różne pochodzenie – niektóre są skutkiem defektów genetycznych, inne zaburzeń psychicznych, a jeszcze inne – tych, które dla mnie, z racji niegdyś wykonywanego zawodu, są najtrudniejsze – wychodzą z otchłani ich historii życia. Historii jeszcze krótkiej, ale już tak przerażającej, że naprawdę ciężko jest o tym czytać. Ciężko czytać o dziecku, zamykanym w starej lodówce przez rodzinę zastępczą. Ciężko czytać o dziecku, które kilka miesięcy siedziało w zamknięciu ze zwłokami własnej matki. A z drugiej strony – mamy historię rodziców tych dzieci. Przynajmniej niektórych. Tych, którzy musieli nauczyć się żyć z dzieckiem niezwykle agresywnym, tych, których to przerosło i tych, którzy postanowili dać takiemu trudnemu, obcemu dziecku szansę. To także historia desperacji w sięganiu po wszelkie możliwe środki, by temu właśnie dziecku pomóc.

Znakomicie opisane wątki, które przez większą część łączy cienka tylko nić, by później związać się w ciasną linę. Fantastycznie scharakteryzowane postaci, doskonale zbudowana fabuła i elektryzujący finał. Świetnie oddany dramat rodziców dzieci z poważnymi zaburzeniami. To wszystko składa się na naprawdę dobrą książkę. Uprzedzam tylko o dwóch rzeczach:

a) to się może przyśnić,

b) to się naprawdę dobrze czyta, pod warunkiem, że ma się mocne nerwy.

A poza tym, oczywiście, polecam.

„Furia” by Michał Larek

Mroczny. Świetny. Trzymający w napięciu. Znakomicie napisany kryminał. I w sumie zaczęłam nieco od końca, bo generalnie tak mogłabym krótko i zwięźle podsumować tę książkę. Michała Larka czytałam jak do tej pory jedno opowiadanie i jedną książkę, którą napisał wspólnie z Waldemarem Ciszakiem. I właśnie te dwie pozycje mocno mnie zachęciły do sięgnięcia po omawianą tutaj „Furię”. Omawianie to może dużo powiedziane, ale z dziką radością podzielę się moimi wrażeniami po przeczytaniu tej pozycji.

Książka przede wszystkim przenosi nas w inne czasy. Wchodzimy w rok 1992, niektórzy, ci młodsi, po raz pierwszy, dla innych, na przykład „młodych, czterdziestoletnich kobiet” (dziękuję Panie Autorze ;) ) to podróż w czasie. Zbrodnia jednakowoż pozostaje zbrodnią, niezależnie od czasów, w jakich się wydarzyła. A tutaj mamy historię zabójstw, najprawdopodobniej na tle seksualnym, dokonywanych ze szczególnym okrucieństwem. I choć zasadniczo dość szybko można się domyślić, kto jest tym zwyrodnialcem, książka trzyma w napięciu do samego końca. Przy okazji mamy znakomitą analizę psychologiczną przestępcy, mamy obraz policji po 1989 roku, mamy wreszcie stare, sprawdzone metody śledcze. Książkę czyta się zdecydowanie zbyt szybko, to ostrzegam. Postaci są świetnie zbudowane, podobnie jak wątki w sprawie. Narracja prowadzona jest płynnie,sama zaś fabuła wciąga od pierwszej strony. Serdecznie polecam!

„Ślady” by Jakub Małecki

Rzadko zdarza mi się sięgać po książki autorów, których nie znam. To takie małe natręctwo z jednej strony, a z drugiej – znani mi pisarze tak tworzą, że nie mam czasu na zapoznawanie się z nowymi. I tu już widzę mój błąd. Przy tej książce. Tak jak nie umiałam przebrnąć przez inną, również nominowaną do Nike, tak ta sprawiła, że zniknęłam. Wchłonęło mnie dokumentnie. Nie umiałam się powstrzymać przed czytaniem kolejnych stron. Przed poznawaniem dalszych historii.

A historie w tej książce są różne. Niby osobno, ale jednak jest element, który wszystkie je łączy. Jest coś, co spina je w jedną całość. Coś. Ktoś? Każdy rozdział to opowieść o losach innej osoby. Innej rodziny. Innej kobiety i innego mężczyzny. A jednak wszystkie te opowieści łączy Coś, co pojawia się już na początku. Coś, co nie ginie całkowicie z Tadeuszem Markiewiczem. Coś, co jest i czeka. Co obserwuje losy gwiazdy ekrany, jej ojca, jej męża i dzieci. Co patrzy na wiecznie milczącego chłopaka, który tylko krzyczy. Co widzi chłopca z twarzą oblaną przypadkiem i przez pomyłkę kwasem solnym. Co patrzy na mężczyznę, noszącego w sobie tajemnicę sprzed lat. I wiele, wiele innych osób. Co w końcu materializuje się, by stać się początkiem końca świata. Jak końcem świata stało się dla każdej umierającej osoby. Na przestrzeni lat, w zmieniającej się historycznie i politycznie rzeczywistości w końcu każdego, bogatego, czy biednego, zdrowego, czy ułomnego – czeka jedno.

Książka napisana jest znakomicie. Świetnie połączone poszczególne wątki, czytelnik nie gubi się w domysłach, nie musi wracać do poprzednich historii, by przypomnieć sobie, jak z czytanym wycinkiem z życia bohaterów wiąże się aktualny wątek. Całość czyta się niezwykle płynnie, już rozglądam się za pozostałymi książkami tego Autora.

Polecam!

„Pudełko z marzeniami” by Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński

Świątecznie się u brunetki zrobiło ;) Okna pomyte, firanki wyprane, z głośników leci już świąteczna muzyka, nic, tylko choinkę stroić. I toteż właśnie dlatego sięgnęłam po „Pudełko z marzeniami”. Że będzie wesoło i ciepło nie wątpiłam. Ale że będę miała tak potężne zastrzeżenie – to tego się nie spodziewałam…

Niespodzianka była utrzymywana w tajemnicy wyjątkowo znakomicie. Gdzieś tam kiedyś dostałam czerwoną kopertę bez adresu nadawcy, budząc tym samym podejrzliwość małżonka, ale po otwarciu roztoczył się tak cudowny zapach świąt, że nawet jego zmiękczyło. Że Magda -  to byłam pewna. Ale że tych dwoje razem??? Szok i niedowierzanie. I długie oczekiwanie. Potem cudna paczka, świąteczna już, pełna pozytywnych myśli, zamkniętych w pudełku i „Pudełku”. Akurat w momencie, kiedy tak bardzo to było mi potrzebne… Na sto procent święty Ekspedyt maczał w tym palce! A już na pewno dwoje cudownych, ciepłych i niezwykle empatycznych Autorów. Przypuszczam, że z ogromnym współudziałem pewnego Pawła ;)

To jest tak, że jeśli robi się choć trochę ciężko na sercu i duszy, trzeba przykleić plasterek. Czasami oderwać się od rzeczywistości krwawym kryminałem. A czasami potrzebne jest coś, co otuli obolałe części jak ciepły kocyk. I wtedy albo Magda, albo Alek. Li tylko. Ta książka to znakomita kontynuacja „Pracowni dobrych myśli”, nieco inna dzięki wkładowi Alka, ale nadal właśnie jak ciepłe skarpetki przy kominku. Opowieść pełna magii, wiary w drugiego człowieka, tego, że kiedy nawet wszystko się wali, zawsze znajduje się wyjście z sytuacji takie, które może naprawdę mocno zaskoczyć. Pani Wiesia jak zwykle rządzi nalewkami, tym razem do spółki z babcią Janinką, dzieciaki rozbrajające, a świętego Ekspedyta to sobie chyba też postawię w domu. Chociaż nie, on tak w pojedynkę chyba jednak nie działa. Ale wiecie co? To trzeba przeczytać, żeby poczuć w tym całym zawistnym świecie znowu to ciepło. I wiecie co? Magda i Alek tacy właśnie są. I Paweł też. Oni są tacy, że aż się na samą myśl człowiekowi robi ciepło koło serca. Jak raz się ich pozna, to chciałoby się ich jak tę Rozalię… i mieć ich tylko dla siebie na czarną godzinę. Chociaż w sumie podkop szydełkiem pewnie daliby radę wykonać. I taka właśnie jest ta książka. Taka jak Oni. Tak maksymalnie świąteczna, ale w sumie na każdy dzień roku. Wrócę na pewno do „Pracowni”, bo torbiel szyszynki.

Dlaczego wobec tych wszystkich superlatyw mam jednakowoż zastrzeżenie? Bo się, kurka wodna, za szybko ta książka przeczytała. To co, Magdaleno i Alku, piszecie coś razem? Znowu? Albo osobno, byle szybko?

Polecam z całego ogrzanego serducha. Bo za chwilę święta. I jeśli znacie kogoś, komu trzeba ogrzać serce i duszę, to macie gotowy prezent. Nie tylko od święta.

„Trupów hurtowo trzech” – zbiór opowiadań

Nie przepadam za antologiami. Bo się gubię trochę. I muszę przerwy między poszczególnymi kawałkami robić, bo mi się potem mózg lasuje. Postanowiłam jednakowoż sięgnąć po tę książkę z dwóch powodów: a) szczytny cel, czyli budowa Domu Autysty b) zbiór moich ulubionych autorów w jednym miejscu. I jak już zaczęłam czytać, tak żałowałam, że to jednak krótkie formy są, bo z każdej z nich byłaby znakomita książka. Każde z opowiadań to kwintesencja talentu autora. Każde z nich jest poruszające i genialnie napisane. Każde z nich wreszcie kazało mi jednak na chwilę zatrzymać się i przemyśleć.

Alfabetycznie lecąc: Piotr Bojarski przenosi nas do przedwojennego Poznania i świetnie prowadzi intrygę w mocno zaskakującym kierunku. Tu mamy morderstwo z wątkiem wampirycznym w tle. Wojciech Chmielarz fantastycznie bawi się formą, zaczynając opowiadanie trochę od końca, cofając się potem, by pokazać, jakie wydarzenia doprowadziły do niespodziewanego zakończenia. Ryszard Ćwirlej napisał opowiadanie z mocno pokręconym wątkiem kryminalnym – bez trupa, ale i tak trzyma w napięciu. Przez norweskie śledzie. Bohdan Głębocki przenosi nas w zupełnie inne czasy – czasy arystokracji i konspiracji. Sprytnie uwita przez księżną intryga prowadzi nie tylko do morderstwa, ale i wyjaśnienia tajemnicy bohatera, którego intryga dotyczyć miała. Gaja Grzegorzewska napisała coś, co czyta się bardzo płynnie, trochę w klimacie noir, ale przede wszystkim coś, co nadało by się na świetną etiudę filmową. Genialne. Joanna Jodełka porusza bardzo trudny temat, nie napiszę jaki, bo zdradziłabym pointę, jednakowoż opowiadanie znakomite. Michał Larek fantastycznie zamknął dochodzenie w jednym opowiadaniu, ale końcówka pozostawia z nadzieją, że cykl się jednak rozwinie, bo ciekawam, jak się wspomniana pod koniec wykładu sprawa skończyła. Joanna Opiat – Bojarska jak zwykle – znakomita. Opowiadanie tym bardziej wstrząsające, że oparte na prawdziwej historii. Sfabularyzowane jednak tak znakomicie, że aż trudno uwierzyć, żeby to była prawda. Olga Rudnicka - no cóż, Natalie w pełnej formie, rozrabiają jak zwykle, aczkolwiek tym razem trochę nie ze swojej inicjatywy. Uśmiałam się jak norka. Jak zwykle. Marcin Wroński wreszcie – przeniósł nas w czasy przedwojenne, nie tylko znakomicie budując klimat tego okresu, ale i świetnie kreując intrygę kryminalną.

Książka naprawdę warta polecenia. I dziękuję Autorom, że wzięli udział w tak fantastycznej inicjatywie.

„Krucyfiks” by Chris Carter

Bardzo rzadko sięgam po niepolskie książki. Nie z tytułu patriotyzmu, raczej z ogromu fantastycznych rodzimych Autorów, za którymi z czytaniem nie nadążam… Tym razem, dzięki uprzejmości Koleżanki, wpadła mi w ręce książka znakomitego, jak się okazało, pisarza. Jedyne, co mnie martwi, to że jest to tom pierwszy serii, a to dla mnie równa się zafiksowaniu na najbliższy czas…

Jest to niesamowicie wciągająca i znakomicie napisana historia seryjnego mordercy. Pojawia się jak duch sprzed lat, jak wyrzut sumienia prowadzącego dochodzenie Roberta Huntera, dla którego sprawa staje się w pewnym momencie bardzo osobista. Dla niego zresztą to powrót do wątpliwości, które ogarnęły go, kiedy wydawało się, że wtedy, dawno temu, sprawa została zamknięta. Że złapano kryminalistę, który z wyjątkowym okrucieństwem mordował swoje ofiary, tatuując im na szyi znak podwójnego krucyfiksu. Teraz jednak już jest pewien, że wtedy aresztowano niewłaściwego człowieka, a prawdziwy morderca zaczyna z nim toczyć niebezpieczną grę, w której wielokrotnie to od Huntera zależy, czy ofiara zginie, czy nie.

Znakomita narracja, fantastycznie zagmatwany wątek kryminalny, bez zbędnych odniesień i abstrahowania od głównego tematu, świetnie skonstruowane postaci, a zakończenie jest kompletnie zaskakujące.

Nie pozostaje mi nic innego, jak z czystym sumieniem polecić tę książkę. Na jakieś dwa zimowe wieczory ;)

„Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” by Janusz L. Wiśniewski

20171115_140246_resized

„Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na Ciebie zupełnie ktoś inny…”

Tymi słowy rozpoczyna się najnowsza książka Janusza Leona Wiśniewskiego „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Książka niezwykła, jakże inna od wszystkiego, co ostatnio czytałam… Lubię tego Autora. Nie tylko za „S@motność w sieci”, ale ostatnimi czasy za zbiory opowiadań. Jego książki są poruszające, nieoczywiste, mocne, ale jednocześnie opatulające niezwykłym spokojem. Swoją najnowszą powieścią doprowadził mnie do punktu, w który już bardzo dawno nie byłam – do zaznaczania miejsc w książce, które najmocniej mnie poruszyły. A było ich niezwykle wiele…

To historia pewnego mężczyzny. Matematyka, genialnego umysłu, znakomitego specjalisty. Któremu nagle ten umysł funduje wstrząs, dający w efekcie motywację do zastanowienia się, na ile każdy kolejny projekt rzeczywiście był ważniejszy od tego, co było poniekąd obok. Od każdej kobiety w jego życiu, na córce poczynając, od każdej miłości, którą był obdarzany, ale jej dać nie potrafił. Od wszystkich poświęconych chwil, od każdej wylanej łzy, od każdej możliwości bycia z kimś w pełni i naprawdę blisko.

Jednocześnie Autor wprowadza nas w świat matematyki, psychoterapii, historii, w sposób zrozumiały i ciekawy. Ciekawym zabiegiem jest również prowadzenie przez postaci monologów; powoduje to przedstawianie historii w sposób ciągły, spójny i czyni ją jeszcze bardziej intrygującą.

Tytuł ma dla mnie niejako dwa znaczenia. To dosłowne, na które tak czekano w klinice w Amsterdamie, i to będące metaforą. Metaforą otwarcia oczu nie tylko na siebie, na swój cel, na swoje pragnienia, ale na spojrzenie w końcu trochę wstecz, by zrozumieć, jakie czynniki, jakie własne decyzje doprowadziły do tego, kim pacjent się stał. I by zrozumiał w końcu, że zostawiał kobietom po sobie nie tylko rozpacz i gorycz, ale też piękne wspomnienia. I dopiero to pozwoliło mu naprawdę dojrzeć do miłości.

Piękna książka, serdecznie polecam!

„Gra o wszystko” by Joanna Opiat – Bojarska

Są książki, które powodują, że muszę się na chwilę zatrzymać po ich przeczytaniu. Muszę na moment ochłonąć, poukładać sobie w głowie to, co przeczytałam, a przede wszystkim wyjść z przedstawionego w nich świata, który oblepia mnie jak najgęstsza z gęstych melasa. Bo ładunek emocjonalny, jaki niosą ze sobą jest tak potężny, że nie da się tak po prostu wrócić do otaczającej mnie rzeczywistości.

Joanna Opiat – Bojarska ma rzadki dar. Jej książki nie tylko są niewiarygodnie dobrze dopracowane w szczegółach, ale przede wszystkim za każdym razem wprowadzają w klimat mocno specyficznych problemów. Problemów, o których nie mówi się głośno. Które dla jednych problemem są, a dla innych stanowią po prostu codzienność. Codzienność, która może stać się w pewnym momencie więzieniem.

„Gra o wszystko” to ciąg dalszy historii Aleksandry Wilk. Dla tych, którzy nie czytali poprzednich części – nie, nie zdradzę, jakiej historii. Jedno mogę tylko powiedzieć – mocno skomplikowanej. Tym razem bohaterka trafia w sam środek sytuacji, która może zdawać się pokłosiem prowadzonej przez nią terapii. I tu czytelnik wchodzi w świat mroczny. W świat parafilii, lepiej znanych jako dewiacje seksualne. Świat seksu, pożądania, pragnień, niebezpiecznych gier i groźnych zachowań. I w tym świecie pojawia się ktoś, kto, uważając się za boga, postanawia ukarać w najbardziej wymyślny sposób osoby, dla których tylko najbardziej wyuzdane zabawy są drogą do zaspokojenia. Morderca wydaje się krążyć wokół głównej bohaterki jak wilk. I tak naprawdę wiele wskazuje na to, że Aleksandra rzeczywiście może być zamieszana w kolejne morderstwa…

Joanna Opiat – Bojarska stworzyła kolejną znakomitą książkę. Czyta się to znakomicie, problemem jest konieczność wykonywania czynności domowych oraz, niestety, praca. Bo ciężko jest się od tej książki nie tylko oderwać, ale i ciężko wrócić z tego świata do normalności. Postacie są znakomicie zarysowane. Równie interesujący jest wątek drugi, czyli prowadzona przez Urszulę sprawa z Archiwum Z, dotycząca morderstwa małej dziewczynki. Wkurzający mocno jest Tomasz. Aleksandrę momentami mam ochotę złapać za fraki i nią mocno potrząsnąć, bo popełnia kardynalne błędy. Czytając książkę czułam się po prostu, jakbym tam była. W tej historii. Autorka znakomicie potrafi słowem rysować obrazy tak realistyczne, że aż momentami naprawdę przerażające. I naprawdę później ciężko jest się przestawić na normalne funkcjonowanie…

A tak swoją drogą – te tytuły tych królowych i innych… ja tego nie rozumiem. Bo królowa może być tylko jedna. I to akurat w przypadku, o którym myślę, nieco samozwańcza. Żeby zasłużyć na jakikolwiek tytuł, uważam, że trzeba się wykazać znakomitym dorobkiem. Znakomitym warsztatem, świetnym wyczuciem tematu, o którym się pisze, a przede wszystkim umiejętnością wciągnięcia czytelnika w tworzony przez siebie świat. Takiego wciągnięcia, żeby czytelnik z niecierpliwością czekał na książki kolejne. Odliczał dni do premiery i rzucał wszystko, by się w książkę zagłębić. Joanna Opiat – Bojarska należy do wyjątkowego Klubu Elity Anki. Mam tam zaproszonych niewielu Autorów, w zaszczytnym gronie znaleźli się ci nieliczni, których pióro jest dla mnie mistrzowskie. I tylko takich polecam innym ;)

Ps. To kiedy następna? ;)

„Lustereczko, powiedz przecie” by Alek Rogoziński

Aleksandrze, mam do Ciebie żal. No muszę to napisać. Mam do Ciebie żal ogromny jak torbiel szyszynki. A nawet jeszcze większy. Człowiek czeka miesiącami, tipsy zżera z niecierpliwości, bo się nasłuchał na spotkaniu autorskim o nowej książce i się doczekać nie może, a tu masz… nie wiem, jak ja Ci to wybaczę… ta książka jest zdecydowanie za dobrze napisana i zdecydowanie za szybko się ją czyta!!!!!!!! :D

Dobra, to teraz już na serio. Naprawdę czekałam na tę książkę z niecierpliwością. Różę pokochałam miłością dozgonną od pierwszego jej pojawienia się w poprzedniej powieści. I choć nadal nie pamiętam, kto zabił, bo szyszynka, i pewnie będę musiała jeszcze raz przeczytać, co uczynię z przyjemnością – Róża wymiata.

Tak trochę mi się przypomniało o „Klinie” Joanny Chmielewskiej.  Ale Róża jest bardziej. Bardziej zakręcona, bardziej postrzelona i bardziej niepokorna. I ileż ciepłych myśli przebiegało mi kurcgalopkiem, kiedy czytałam o tych jej fantazjach, które za młodu miewała, widując to Kopernika, to Jana III Sobieskiego wraz z koniem… i ileż jej się roiło w głowie fantazji, doprowadzając do rzucania podejrzeń na Bogu ducha winne osoby… no to już nie ja, ale mnie talentu do pisania kryminałów brak, chyba moja wyobraźnia ma jednakowoż swoje granice :D

Zadziwiło mnie środowisko misterów, pomijając oczywiście Wielce Przystojnego Rafała Maślaka, który tak znakomicie swoją rolę w tej książce odegrał. Aż trochę żal mi go było z tym całym uwielbieniem Róży… reszta natomiast „przystojniaków” z betonowym myśleniem, mówiąc kolokwialnie, rozwaliła mi system. Mario oczywiście natychmiast stał się moim idolem i pragnęłabym go poznać jak kania dżdżu.

Jednakowoż obawiam się, że Pepe będzie mi się jawił jeszcze przez jakiś czas jako Dzwoneczek, a że akurat w sprzeczności ze średnio wybujałą wyobraźnią stoi moja doskonale rozwinięta zdolność do wizualizacji – Pawełku, Ty mi się tak jawisz, jak mi się nie chce zmyć makijażu wieczorem :D

Alek, napisałeś książkę znakomitą. Ryczałam ze śmiechu z częstotliwością przyprawiającą kota o zawał, a małża o notoryczne pytania, skutkiem czego odbywało się czytanie na głos. Zamotałeś intrygę znakomicie, Róża jak zwykle stanęła na wysokości zadania, dając czadu, olewając konwenanse oraz policję, a środowisko misterów, jeśli rzeczywiście te chłopy też potrafią być tak zawistne, jak baby, to klękajcie narody – no po prostu nie zostaje mi nic innego, jak dziękować Ci za kawał dobrej roboty!

A wszystkim polecam, tylko uprzedzam, że jak się zacznie czytać w niedzielę po południu, to poniedziałek może być jeszcze gorszy niż zwykle, bo oczęta na zapałkach jakby nie najlepiej wyglądają, a tej książki nie da się tak po prostu odłożyć, skutkiem czego człowiek chodzi jak zombie, które przeszło grypę żołądkową i siedem plag egipskich co najmniej…

„Ósmy cud świata” by Magdalena Witkiewicz

Wiesz, jak to jest, kiedy szukasz? Każda z nas szuka miłości. W ósmej klasie koleżanka wpisała mi do pamiętnika „Nie szukaj miłości. Kiedy przyjdzie właściwy czas – sama cię znajdzie”. I wiesz co? Wpisów było dużo. I tak szukałam. Ale czasami nagle i znienacka ten właśnie jeden nagle zapalał mi się nad głową jak pamiętna żarówka z jednej z kreskówek z mojego dzieciństwa…

Ostatnio czytałam głównie kryminały. Trochę po to, żeby zająć myśli czymś innym, niż proza życia. I trochę się bałam książki Magdy. Bo ona tak mocno o życiu pisze. A ja tak trochę na zakręcie jestem… Ale wiesz co? Sięgnęłam po nią. Nie umiałam się powstrzymać. I, jak zwykle, okazało się, że to jest to, co dokładnie w tym momencie jest mi potrzebne. Historia kobiety też trochę na zakręcie. Opowieść o dziewczynie, która szuka. Która ma odwagę iść własną drogą. Zazdroszczę jej tego bardzo…

Magia jest cudowna, wiesz? Magia objawia się na różne sposoby. Czasami to rosa na trawie, czasami uśmiech dziecka. Ale magia Magdy jest wyjątkowa. Bo Ona potrafi Cię zaczarować tak, że nagle znajdujesz się w świecie pełnym orientalnych zapachów, smaków, legend i przepięknych obrazów słowem malowanych tak jak tylko Magda potrafi…

Zakochałam się. W Wietnamie, w magii, w tej książce. W tej historii, teoretycznie tak prostej, ale jednocześnie tak cudownej. Magda, dziękuję Ci za te motyle w brzuchu, których nie musiałam sobie narysować ;) Dziękuję Ci za książkę, dzięki której na moment zniknęłam w zupełnie innym świecie. Za historię, która dała mi coś, czego akurat najbardziej potrzebowałam. A przede wszystkim za przybliżenie cudowności Wietnamu <3

A wszystkim polecam z całego serca!