„Motylek” by Katarzyna Puzyńska

Rzadko sięgam po nowych autorów. Przyzwyczajona do stylu znanych mi już pisarzy, spokojnie opadam na sofę, otulona szczelnie ich słowami, ich sposobem patrzenia na świat i, często, znanymi mi już postaciami. Tym bardziej, że kiedy ostatnio sięgnęłam po książkę nie znanej mi dotąd autorki, poczułam się mocno zniesmaczona i zdegustowana. Ale jakoś tak dziwnym trafem zdarzyło się, że z Małoletnim udałam się do sklepu, specjalizującego się w sprzedaży klocków Lego. I, jak się okazało, również kieszonkowych wydań książek. I na ladzie leżała sobie książka w pięknej, twardej oprawie, w kuszącej cenie, a że niektórzy z moich ulubionych Autorów już polecali, no to pomyślałam, co mi szkodzi.

I zaszkodziło. Zaszkodziło moim paznokciom, bo zeżarłam, zaszkodziło generalnie wszystkiemu, co mogłoby mi czas niepotrzebnie zabrać, czyli tak prozaicznym czynnościom, jak pranie, sprzątanie, oglądanie ogłupiaczy czy wreszcie monologowanie z Małżonkiem. Bo przy rozmowie z Nim to już jednak się skupiam.

Tradycyjnie – streszczenie dostępne na wielu dowolnych portalach. Co mogę powiedzieć ja – Anka? Wciąga. Od pierwszych stron wciąga. I tak jak śnieżna kula – im dalej, tym coraz szybciej toczy się akcja, coraz więcej się dzieje. Tu nie ma jednego bohatera książki. Teoretycznie wydawać by się mogło, że to Weronika. Ale tak naprawdę od niej zaczyna się historia, a właściwie od momentu jej pojawienia się w Lipowie zaczyna się obserwacja zdarzeń w tej miejscowości. I choć jakby klamrą spina się początek i zakończenie, to tu nic nie jest oczywiste. Żadna z postaci nie wydaje się być tym, kim zdaje się być postrzegana przez innych. Każda z nich natomiast stanowi zagadkę dla czytelnika. Bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, o co chodzi i kto jest kim. I kto z kim. I choć niektóre wątki wyjaśniają się w trakcie, nie ma pewności, czy znowu coś ich nie pokręci.

Książka znakomicie napisana. Znakomicie się czyta i cieszę się, że są kolejne części cyklu, w które już się zaopatrzyłam profilaktycznie. Bo oto, Szanowni Państwo, niezależnie od tego, czy ktoś to czyta, czy nie – mam nową, ulubioną Autorkę. I czas niniejszym kurczy mi się jeszcze bardziej… ale kto by tam spał ;)

Polecam z całego serca!

„Czarci krąg” by Iwona Banach

Znalezione obrazy dla zapytania czarci krąg banach

Kiedy wybucha fioletowa krowa – wiedz że coś się dzieje… Kiedy sięgasz po książkę Iwony Banach natomiast, wiedz, że mogą Cię czekać tylko dwie sytuacje. Albo Cię poruszy i wstrząśnie, albo… no właśnie.

Poczytałam ostatnio kilka mrocznych książek. Dwa thrillery, kilka kryminałów, jedną porażającą nowość pewnego wybitnie literacko płodnego polskiego autora. No to myślę – pora na odmianę. Zasadniczo po książki Pani Iwony sięgam w ciemno. Bo niezależnie od tego, czy w trakcie ich czytania znika dla mnie świat i pogrążam się w mroku, jak w przypadku „Masek zła” czy „Pocałunku fauna”, czy wzbudzam powszechne zainteresowanie okolicznej gawiedzi wybuchami wesołości – wiem, że nie będzie to czas zmarnowany. Czasem zmarnowanym staje się ten, kiedy nie mam możliwości pochłaniania kolejnych akapitów.

„Czarci krąg” zdecydowanie powalił mnie na łopatki. Tym razem w sposób „na wesoło”. A zaczyna się od wybuchu fioletowej krowy, a właściwie od pewnego psa Zyzola i odkrycia przez niego nagich kości w lesie. Tak na marginesie zawsze fascynowało mnie określenie „nagie kości”, momentalnie moja zwichrowana wyobraźnia zaczyna szaleć i widzi je ubrane. Chwiejące się na szpilkach, w garsonce od Chanel, wydające specyficzne dźwięki przy chodzeniu, taka kołatka jakby… wróć! No. To Zyzol znajduje kości, a z racji ich nietypowego ułożenia wieść gminna plotką błyskawicznie się niesie, że to pochówek wampiryczny jest. I nagle mała miejscowość zyskuje swój wyjątkowy charakter. Między tym wszystkim krąży Dziuńka, moja zdecydowana ulubienica w tej książce, która, w „delirium klemens”, postanawia zrobić karierę jako wapirzyca. Jednocześnie zaś Hanka, której babcie szyły sukienki, będące skrzyżowaniem „dziecka tęczy i kamizelki odblaskowej” oraz które to babcie chciały ją z „suchoklatesami” wyswatać, zaczyna prowadzić matrymonialne dochodzenie w sprawie właściciela pobliskiego pałacyku. Między tym wszystkim jest lekko zwichrowana teściowa komendanta, a na dobitkę profesor Kociołek, profesor ufologii, z maszynerią, od której pękają jajka w lodówce i ścina się mleko, a porodówka zaczyna wyrabiać normy jak za dawnych dobrych czasów peerelu wyrabiali przodownicy pracy.

Nie ukrywam, uprzejmie uprzedzam i donoszę, że czytanie tej książki w miejscach publicznych nie jest wskazane, gdyż albowiem prowadzi do nieopanowanych wybuchów śmiechu. Momentami miałam wrażenie, że za momencik zobaczę za sobą przesympatycznych panów z takim ładnym, białym wdziankiem, wiązanym przez plecy. Ale wszystko było warte tego, by przeczytać tak pokręconą historię. Aaa bo przecież jeszcze zapomniałam napisać, że to kryminał jest. Trup ściele się gęsto, wampiry krążą nad głowami, ludzie nabawiają się traumy na całe życie, zwłaszcza rozczuliła mnie historia Mariuszka, wychodzą na jaw tajemnice sprzed lat, a całość jest napisana tak, że aż się syndrom odstawienia pojawia, kiedy człowiek już naprawdę MUSI przerwać.

Polecam z całego serca!

„Dotyk” by Claire North

Z zasady nie przepadam za książkami zagranicznych autorów. Nie ma w tym wiele z patriotyzmu, to raczej kwestia tego, że polskie książki czytam w oryginale, a zagraniczne noszą jednak na sobie piętno?, ślad?, tłumaczenia. Jednakowoż ostatnio kilka razy zdarzyło się, że otrzymałam prezent w postaci właśnie wydawnictwa niepolskiego. I… no cóż. Do literatury zagranicznej zraziłam się po ostatniej przeczytanej książce Kinga, z żenującym tłumaczeniem, które kompletnie do mnie nie przemówiło. Długa przerwa. I najpierw „The Call”, a teraz „Dotyk”, sprezentowany mi przez Przyjaciółkę (Monika – dziękuję <3 ).

Zdarza Ci się tracić czasami orientację? Jesteś w jakimś miejscu i na zamyślenie zrzucasz fakt, że nagle jesteś zupełnie gdzieś indziej? Zastanawiasz się, skąd TO wzięło się w Twojej torebce? Myślisz, czy żelazko jest wyłączone? Albo czy w ogóle prasowałaś/łeś? Czy to sen, czy jawa? Zwłaszcza, kiedy w połowie dnia przypominasz coś sobie i nie wiesz, czy Ci się to śniło, wydawało, wyobraziłaś/łeś sobie tylko, czy może wydarzyło się naprawdę… Tak, to jedna z tych książek. Tych, które powodują, że sny są bardziej…. a jawa staje się chwilami nie do ogarnięcia. Jedna z tych, kiedy kradniesz chwile, by czytać, co dalej. A dalej jest coraz bardziej… no właśnie.

„Dotyk” to historia Istotny, znanej jako widmo. Złodzieja tożsamości. Czegoś lub kogoś, przez co nie wiesz, gdzie umknęło Ci kilka minut, godzin, tygodni, miesięcy, a nawet lat. Czegoś lub kogoś, co czuje, myśli, pamięta. Czasami niszczy, czasami tworzy. Czasami pomaga, czasami rujnuje. Co powstaje w wyniku niewyobrażalnego cierpienia. I trwa, dopóki sam/o nie zdecyduje o samounicestwieniu.

Thriller to mało powiedziane. To przerażająca opowieść o czymś, co mogło się wydarzyć? Co dzieje się? Już sama nie wiem…

Ale wiem, że polecam!

„Demon” by Łukasz Henel

Góry Sowie stanowią zagadkę. Każdorazowo zbliżając się w te rejony, odwiedzając Kompleks Riese, czy nawet zamek w Książu, czułam na plecach oddech tajemnicy. Potęga kompleksu, budowanego latami w zboczach gór przez nazistów, niewyjaśnione przeznaczenie korytarzy i wielkich hal – to wszystko powoduje, że w głowie rodzi się milion domysłów, co mogło tam się dziać. Coś wiemy, te drobiny, które „pozwolono” nam odkryć. Ile tajemnic skrywają jeszcze Góry Sowie – to wiedzą tylko nieliczni.

Jednocześnie rejon ten jest przepiękny. Malownicze zbocza gór, rewelacyjne trasy turystyczne i wreszcie wspaniały zamek Książ – to wszystko stanowi o niezwykłym uroku tego regionu. Znając te wszystkie piękne miejsca, znając trochę Wałbrzych, wzięłam się za czytanie „Demona”. No i teraz mam problem…

Szanowny Panie Autorze. Zawiodłam się na Panu. Potężnie. Czytałam wcześniejsze Pana książki, których akcja umiejscowiona była gdzieś tam hen, daleko ode mnie. Oczywiście i „On”,”Podziemne miasto”, i „Szkarłatny blask” uwiodły mnie, co nie jest łatwe, bo jestem ciężkim kalibrem czytelniczym. A tu… no wziął i akcję umiejscowił w moich ukochanych Górach Sowich. Panie Autor, jak ja mam teraz po tych górach i pagórkach chodzić???

Żart oczywiście z tym zawodem ;) Mroczność książki – daję 10 na 10. Już od samego początku wskakuje się w gęstą jak bagno historię, czarną i okrutną. Później jest już tylko coraz trudniej… gdzieś tak po jednej trzeciej sny miałam mocno ciężkie i straszne, a im dalej zagłębiałam się w historię rzeczonego demona, przeplataną historiami o wampirzycach, czarownicach, Ahnenerbe, eksperymentach nazistowskich, straszliwym losie dzieci, na których badania prowadził jeden ze zbrodniarzy, tym nie tylko trudniej było mi się oderwać od tej książki, ale coraz bardziej mnie przerażała. Jedno jest pewne – chodząc po Górach Sowich na każdym pagórku ukradkiem będę rzucać kamieniem, by sprawdzić, czy nie stoi tam ukryte schronisko, będę nasłuchiwać wycia wilków, będę szukać śladów… a zakończenie to już w ogóle znakomite. Gratuluję kolejnej świetnej książki, a wszystkim, którzy lubią takie mroczne klimaty – serdecznie polecam!

„Najgorsze dopiero nadejdzie” by Robert Małecki

Czasami sięgnięcie po jakąś książkę w moim przypadku jest zupełnie spontaniczne. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czytam w pierwszej kolejności moich ulubionych Autorów. Czasami czytam tych, których ci Autorzy polecają. A czasami sięgam po książkę, bo intuicja mi podpowiada. I jeszcze ani razu intuicja się nie pomyliła. Uśpiła się dwa razy, przy światowych „bestsellerach”, które okazały się nie tylko stratą czasu (na szczęście nie pieniędzy), ale przy których wymiękłam po około osiemdziesięciu stronach. Zawsze mówiłam, że – jak z miodem – najzdrowiej lokalnie.

Ta książka to był spontan. Kręciłam się koło niej w pewnej sieciowej księgarni, zerkała na mnie kusząco, kiedy odbierałam kolejne zamówienia, zastanawiałam się, wertowałam, aż w końcu…. stało się. Zaczęłam czytać. I tak strasznie mi to skomplikowało żywot… Bo tak – obiecująco wygląda sam fakt, że tom pierwszy. Znaczy, że będzie więcej. Ale z drugiej strony – no jak tu potem czytać następne, bo nie wiem, kiedy następne, a przy moich przypadłościach różnych to zapomnę, o co kaman. Ale nic to, przypomnę sobie. Jednakowoż problem z tego typu książkami, co to Autora nie znam, w sensie nie znam jego stylu pisania, polega na tym, że nie jestem w stanie przewidzieć, jak bardzo będę musiała przeorganizować życie, żeby CZYTAĆ. Wchłaniać. Pochłaniać. Olewać wszystko inne, albo przyspieszać, by móc poczytać. No i kapa. Kanał. Kolejny raz intuicja dała mi się we znaki.

Panie Robercie – gratuluję. Udało się Panu napisać książkę (choć wyrywało mi się spod palców „stworzyć dzieło”), która wciągnęła mnie kompletnie i bez reszty. Po streszczenie treści jak zwykle odsyłam zainteresowanych do różnych portali – ja napiszę subiektywnie. Książka znakomita. Zagmatwał Pan fabułę w sposób przeze mnie mocno lubiany. Historia sprzed lat, której pokłosiem stają się układy i układziki na szczeblach władzy lokalnej, kilka ofiar śmiertelnych, nadal nie rozwiązana zagadka zaginięcia, dramat, który po latach pozwala na ujawnienie nieczystych zagrywek i Wielki Brat, jak ochrzciłam Szamana i już jestem ciekawa, jak jego wątek zaistnieje w kolejnych tomach. Nie ukrywam, że jeszcze chwilę zajmie mi poukładanie niektórych wątków, taka moja przypadłość, ale mam nadzieję, że ogarnę. Bo nie pasuje mi tylko jedna rzecz, w sensie nie do końca jestem pewna, dlaczego się stało jak stało się, ale nie to jedno rozkminiałam na raty, więc myślę, że w końcu…

Jedno, co mogę powiedzieć – gratuluję serdecznie i czekam na kolejne! A książkę serdecznie poleca wszystkim, którzy są w stanie docenić kawał naprawdę świetnej, pisarskiej i kryminalnej roboty!

„Zombie” by Wojciech Chmielarz

Z pamięcią bywa bardzo różnie. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy obdarzeni zostali tą ejdetyczną i pamiętają, co robili 22 października 2007 roku na przykład. Co powinnam pamiętać i ja, ale bez spojrzenia na obrączkę to nie ma bata, żeby przyszło samo z siebie. A co robiłam na przykład w ósmej klasie podstawówki pod koniec czerwca? Mając lat piętnaście? Jak przez mgłę.

Kiedy zabrałam się za „Zombie” Wojciecha Chmielarza, musiałam sobie przynajmniej po łebkach przypomnieć, o co chodziło w „Wampirze”. Moja pamięć niestety zaburzona jest przez pewną przypadłość, nieco utrudniającą mi życie, ale kiedy czytałam „Zombiego”… wróciło samo. Już sam fakt, że akcja toczy się w Gliwicach, że rozpoznawałam opisywane miejsca, że mniej więcej byłam w stanie zlokalizować miejsce zamieszkania Dawida i Karoliny (Wojciech, wiem, że nie Manhattan, pomyliły mi się bloki, a chodziło mi właśnie o to osiedle, o którym mi pisałeś ;) ), że w sumie w tych miejscach bywałam – to wciągnęło mnie jeszcze bardziej, bo nie musiałam sobie wyobrażać, czy wizualizować miejsc, po których poruszają się bohaterowie. A bohaterowie są… o rany boskie… Wiesz, już dawno nie zdarzyło mi się spotkać w książce głównego bohatera tak wkurzającego do granic niemożliwości. Dawid wyprowadzał mnie z równowagi swoim egoizmem, brakiem jakiegoś życiowego ogarnięcia, momentami miałam wrażenie, że z niego taki detektyw, jak, za przeproszeniem, z koziej rzyci rajzentasza. Sposób, w jaki traktował Martę, jego przejmowanie się tylko własnym kawałkiem tylnej części ciała, to wszystko doprowadzało do szału, ale znakomicie wpasowało się w fabułę.

Adam zaskoczył mnie mocno. Cała historia, która zaczęła się, kiedy miał piętnaście lat, a której smutny finał miał miejsce dwadzieścia lat później, krzywda, którą wyrządzał, którą wyrządził, i która w konsekwencji pociągnęła za sobą śmiertelne żniwo – porażająca w swojej sile i tym, jak bardzo wpłynęła na losy poszukiwanego przez niego mordercy. I pokazuje, jak bardzo jednak pamięć potrafi być omylna…

Książka wciąga jak najmroczniejszy wir. Bardzo trudno jest się od niej oderwać, czyta się ją z jednej strony ciągiem i płynnie, wraca się do niej myślami, kiedy jednak trzeba oddać się pracy zarobkowej, a potem wciąga jak czarna maź, by wreszcie na końcu wprowadzić czytelnika w stan totalnego osłupienia. Szanowny Panie Autorze – znakomita! Fantastycznie skonstruowana fabuła, zakończenie mistrzowskie, mam wrażenie, że ta książka podoba mi się najbardziej ze wszystkich dotychczas przeczytanych. A podobały mi się wszystkie. I na pewno będę ją polecać!

„Martwe ciała” by Waldemar Ciszak i Michał Larek

Nie przepadam za literaturą faktu. Zwłaszcza w odniesieniu do spraw karnych i procesów sądowych. Z niewiadomych przyczyn jednakowoż intuicja pchnęła mnie wprost w świat, opisywany przez dwóch znakomitych Autorów.

Ta książka to zapis niewiarygodnej wprost sprawy karnej, toczącej się w latach 80. XX wieku. Dla jednych to odległa przeszłość, dla mnie to lata wczesnej młodości. I chyba dlatego… kurczę, nie mogę powiedzieć, że wstrząsnęła mnie ta książka. Nie dlatego, że słaba, broń Boże. Ale sposób przekazywania informacji jest naprawdę mocno obiektywny, subiektywizm pojawia się w momencie tłumaczenia „z polskiego na nasze”, czyli, na przykład, zawiłości opinii biegłych psychiatrów na język zrozumiały dla laika. Wstrząśnie mnie pewnie od jutra rana, kiedy zacznie do mnie docierać ogrom zbrodni i niemoralności tego, czego dopuścił się główny „bohater” – nekrofil, morderca i dzieciobójca.

Książka jest szczegółowym zapisem tej sprawy, ze znakomicie oddanym nie tylko klimatem, zarówno dochodzenia, jak już i samego procesu, gdzie, co prawda, zakończenie jest jakby jasne, ale czyta się to z niekłamanym poruszeniem…

Polecam!

„Maski zła” by Iwona Banach

Wyobraź sobie małe, senne miasteczko. Takie jak to jedno z wielu, przez które tylko przejeżdżasz, zmierzając w dowolnym kierunku w Polsce. Miasteczko z rynkiem, ukwieconym skwerkami, z latarniami nadającymi wieczorem niezwykłego klimatu, z małymi domkami, tłoczącymi się wzdłuż uliczek…

Miasteczko, na którego obrzeżach znajduje się park, albo las, nie wiadomo w sumie, ale w całej tej zieleni skrywa się duży, opustoszały budynek. Widzisz to? Czujesz tajemnicę, która już zaczyna kiełkować w Twojej wyobraźni? A może to nie tylko Twoja wyobraźnia, tylko rzeczywiste przeczucie? Że w tym budynku wydarzyło się niewyobrażalne zło, że ktoś cierpiał niewymownie, że to nie taki zwykły budynek?… zainteresowało Cię to?…Miasteczko, jakich wiele… i pewnie jak w wielu jemu podobnych – pełne tajemnic i milczenia…. i masek, skrywających to, czego nikt postronny widzieć nie powinien…

To teraz z innej strony. Wyobraź sobie Autorkę, której książki czytasz narażając się na co najmniej zdziwienie obserwujących Cię w poczekalni u lekarza ludzi. Bo dusisz się ze śmiechu. Bo miś zakopiański… a zresztą, trzeba przeczytać „Lokatora do wynajęcia”. A potem trafiasz na „Pocałunek Fauna” i totalne zaskoczenie…

Że „Maski zła” będą zaskakujące – domyśliłam się, czytając o tej książce informację w internecie. Jednakowoż najbardziej zaskakujące było to, że zdarzyła się książka, która mnie naprawdę zatchnęła. Musiałam robić przerwy. Żeby ochłonąć. Niby znam realia placówek opiekuńczych z autopsji. Niby coś tam gdzieś tam czytałam. Ale realizm przedstawionych tu sytuacji powodowała, że musiałam odkładać tę książkę na bok. Tym bardziej, że niejako dwoistość sytuacyjna – czyli sprawa morderstw i instytutu, a z drugiej rozmowy dzieci – powodowała mnogość domysłów i zmuszała do zastanowienia się, o co tu, kurde, chodzi.

Jak zwykle natomiast – znakomita narracja, świetnie skonstruowana fabuła, zakończenie po prostu MISTRZOWSKIE, szacunek, naprawdę, w życiu bym nie pomyślała…

Książkę mogę tylko polecić. Innej opcji nie widzę. A Pani Iwonie serdecznie dziękuję!

„Żony jednego męża” by Anna Fryczkowska

Pani Aniu – dziękuję.

W zasadzie mogłabym napisać tylko to. Ale przecież wylewa się ze mnie, niestety mocno nieuporządkowanym strumieniem. Bo i książka mocno zaskakująca. Wiecie, co zaskakuje najbardziej w książkach tej Autorki? Niewiarygodna różnorodność. Każda książka to zupełnie inny klimat i zupełnie inna historia. Ta trochę przypomina mi „Trafiona, zatopiona”, ale tylko trochę.

Historia niby prosta, ale jednak nie do końca. I choć generalnie od pierwszego rozdziału wiadomo, o co chodzi, to nic nie jest tak oczywiste, jakby się mogło wydawać. Pierwsza moja myśl – społecznie nieoficjalnie układ idealny. Mężczyzna. Dwie kobiety. Każda zaspokajająca innego jego potrzeby. Coś do zaakceptowania po cichu i bez większego społecznego oburzenia. Druga myśl – dwie kobiety. Każda inna. Każda mająca kompletnie inne potrzeby. I to już nie jest tak społecznie to zaakceptowania… Percepcja zmienia się zgodnie z socjalizacją. Tutaj, nie ukrywam, musiałabym się podzielić sobą bardziej, niż chciałabym, więc jakby sobie daruję.

To może ze społecznie prawie poprawnego punktu widzenia. Uczy się nas od dziecka pewnych norm i reguł społecznych, w ramach których nie tylko przebiega nasza socjalizacja, ale i według których poukładany jest delikatny i kruchy świat wzajemnych relacji, opartych na tychże ustalonych zasadach. Ktoś bardzo mądry napisał, że „obiektywna rzeczywistość jest inkorporowana w subiektywną świadomość”. W przypadku bohaterów tej książki wszystko wydaje się proste i naturalne, dopóki dzieje się poza dostępem świata zewnętrznego. Subiektywna świadomość bohaterów nie jest narażona na żadne zewnętrzne ataki, dopóki ktoś nie dopatrzy się w tym układzie nienormalności. Niemoralności. Bo po cichu układ mężczyzna – żona i ewentualna kochanka „na boku” – daje radę. Bo nie mówi się o tym głośno. Bo monogamia nie jest biologicznie naturalna, tylko właśnie normy społeczne ograniczają. Ale faktyczny związek mężczyzny i dwóch kobiet, mieszkających pod jednym dachem – to już za dużo dla naszego poukładanego społeczeństwa.

Żeby się nie zapętlać w moje poglądy – powiem tak. Znakomicie napisana książka. Znakomite studium kobiecości, wspaniałe spojrzenie na zaściankowość i małomiasteczkowość niezależnie od tego, jak wielkie jest miasto. Cudownie skonstruowana fabuła. Książka, od której ciężko się oderwać i ciężko przestać myśleć.

Pani Aniu – dziękuję. Proszę o więcej. I polecam z całego serca.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” by Magdalena Witkiewicz

Na dzisiejszym spotkaniu porozmawiamy o emocjach.

Temat niełatwy. Mówienie o emocjach nie jest naszą mocną stroną. Żadnej płci, choć my, kobiety, uwielbiamy zwalać na facetów. Że to oni są nieczuli, że nie potrafią okazywać swoich uczuć, że na pytanie „A kochasz mnie jeszcze?” odpowiadają „Yhm”, myśląc jednocześnie, że gdyby coś w tej kwestii się zmieniło, to by nam przecież powiedzieli. Albo zawinęliby się po prostu. Ale nie. My im dziurę w brzuchu, „No ale ty w ogóle mi uczuć nie okazujesz!”, mając na myśli brak motyli w brzuchu (se zawsze można narysować), płatków róż, którymi usłana byłaby woda w wannie, oświetlonej świecami i z oślim mlekiem (rany, potem to trzeba posprzątać…), noszenie na rękach, tudzież pląsanie boso o poranku po rosie (tego już może nie skomentuję….). Tak my to widzimy. Jak widzą to oni – a kto ich tam wie. Niby prości. Niby że tak to tak, a nie to nie. A jak przyjdzie co do czego, to cholera wie, co mu się tam w mózgu kluje. Bo jak my mówimy, że fajne te kwiatki Kryśka dostała, to przecież dla nas jasne jest, że to informacja, że my też kwiatków chcemy. A on raczej myśli, żeby pogadać z tym od Kryśki, co nawyrabiał.

Wstęp wyszedł mi, że ho ho. Ale do rzeczy. My tak naprawdę o emocjach też nie umiemy rozmawiać. Zwłaszcza tych niedookreślonych. W związku z powyższym pozwolę sobie na ujawnienie emocji, które mnie się wylęgły w moim żeńsko – męskim socjologicznym mózgu, po przeczytaniu „Czereśni”. A z racji tego, że muszę ten chaos, pchający się dziko na klawiaturę uporządkować, pozwolę sobie na wypunktowanie. Ponieważ moje emocje, związane z tą książką Magdy, dzielą się na jasne i przejrzyste, oraz na te właśnie niedookreślone. A wszystkie razem mocno pomieszane…

1) Smutek. Niby prawie 500 stron, ale jednak jakby za mało. Za szybko się skończyła ta niezwykła historia.

2) Zaskoczenie. Szczerze mówiąc – ta książka mnie mocno zaskoczyła. Jest inna od poprzednich, Magdaleno – wysoko sobie postawiłaś poprzeczkę ;) Tak jak poprzednie – książka znakomicie dopracowana, widać potężną pracę, wykonaną w ramach researchu, tym bardziej, że akcja osadzona jest w mocno nieoczywistym miejscu. Malowniczym zresztą, jak miałam przyjemność przekonać się na Spacerze z Pisarką (to się powinno wpisać na stałe we wszystkie spotkania autorskie – związek pisarza z czytelnikiem, moim skromnym zdaniem, jest jeszcze bardziej emocjonalny i pozytywny). Książka jest wielowątkowa, ale wszystko stanowi przepięknie spójną całość, spinając przeszłość z teraźniejszością, historię z przyszłością, a jednocześnie losami bohaterów rządzi jakaś magia…

3) Wzruszenie. Opisana przez Ciebie, Magdaleno kochana, historia miłośna, jedna i druga, i w sumie jeszcze trzecia i czwarta, biorąc pod uwagę nie tylko historię Anny i Zosi, ale również Janiny i Stefanii…no piękne. Po prostu piękne. Łzy w oczach miałam po wielekroć. Jakież zagmatwane mogą być ścieżki miłości… to tylko Ty mogłaś napisać.

4) Szok. Jak zwykle. Szok na dwa razy, raz pierwszy zaraz na początku, bo jakbym o sobie czytała, a szok drugi – oczywiście historia Anny. A właściwie jej współczesny finał.

5) Radość. Że jest nadzieja. Bo Ty, Madziu, w swoich książkach dajesz nadzieję. Pokazujesz historie, mniej lub bardziej będące fikcją literacką, ale doskonale wiemy, że jak najbardziej realne, że się zdarzają. I pokazujesz, że trzeba czekać. Że warto czekać. Przeczekać burzę, trzęsienie ziemi, zawał serca, najciemniejszą otchłań, rozpacz, koniec wszechświata, bo potem to już tylko może być lepiej. A każde takie doświadczenie daje nowe supermoce. A jak nie supermoce – to uczy, jak wyjść z takiej sytuacji. I że raczej nie chcemy się już w takiej znaleźć. To, jak potoczyły się losy bohaterów, to właśnie taka nadzieja.

6) Zachwyt. Willa, na której się wzorowałaś, kiedy ją zobaczyłam… jedyne, czego mi tam brakowało, to Anna, siedząca na ganku, ale tak szczerze mówiąc, to ja ją tam widziałam… nie miała co prawda czerwonej sukienki, tylko białą, zwiewną, i miała taki spokój na twarzy…

7) Wdzięczność. Że tak piszesz. Że przeniosłaś mnie tam, najpierw książką, a potem zabrałaś nas w to miejsce, by pokazać, co Cię zainspirowało. Dziękuję, że jesteś! <3

Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Książka leci do mojej Mamy, która zachwyci się pewnie nie mniej, niż ja. A potem pewnie dalej. A potem to już tylko pozostanie czekać na kolejne książki i polecać je dalej ;)