„Demon” by Łukasz Henel

Góry Sowie stanowią zagadkę. Każdorazowo zbliżając się w te rejony, odwiedzając Kompleks Riese, czy nawet zamek w Książu, czułam na plecach oddech tajemnicy. Potęga kompleksu, budowanego latami w zboczach gór przez nazistów, niewyjaśnione przeznaczenie korytarzy i wielkich hal – to wszystko powoduje, że w głowie rodzi się milion domysłów, co mogło tam się dziać. Coś wiemy, te drobiny, które „pozwolono” nam odkryć. Ile tajemnic skrywają jeszcze Góry Sowie – to wiedzą tylko nieliczni.

Jednocześnie rejon ten jest przepiękny. Malownicze zbocza gór, rewelacyjne trasy turystyczne i wreszcie wspaniały zamek Książ – to wszystko stanowi o niezwykłym uroku tego regionu. Znając te wszystkie piękne miejsca, znając trochę Wałbrzych, wzięłam się za czytanie „Demona”. No i teraz mam problem…

Szanowny Panie Autorze. Zawiodłam się na Panu. Potężnie. Czytałam wcześniejsze Pana książki, których akcja umiejscowiona była gdzieś tam hen, daleko ode mnie. Oczywiście i „On”,”Podziemne miasto”, i „Szkarłatny blask” uwiodły mnie, co nie jest łatwe, bo jestem ciężkim kalibrem czytelniczym. A tu… no wziął i akcję umiejscowił w moich ukochanych Górach Sowich. Panie Autor, jak ja mam teraz po tych górach i pagórkach chodzić???

Żart oczywiście z tym zawodem ;) Mroczność książki – daję 10 na 10. Już od samego początku wskakuje się w gęstą jak bagno historię, czarną i okrutną. Później jest już tylko coraz trudniej… gdzieś tak po jednej trzeciej sny miałam mocno ciężkie i straszne, a im dalej zagłębiałam się w historię rzeczonego demona, przeplataną historiami o wampirzycach, czarownicach, Ahnenerbe, eksperymentach nazistowskich, straszliwym losie dzieci, na których badania prowadził jeden ze zbrodniarzy, tym nie tylko trudniej było mi się oderwać od tej książki, ale coraz bardziej mnie przerażała. Jedno jest pewne – chodząc po Górach Sowich na każdym pagórku ukradkiem będę rzucać kamieniem, by sprawdzić, czy nie stoi tam ukryte schronisko, będę nasłuchiwać wycia wilków, będę szukać śladów… a zakończenie to już w ogóle znakomite. Gratuluję kolejnej świetnej książki, a wszystkim, którzy lubią takie mroczne klimaty – serdecznie polecam!

„Najgorsze dopiero nadejdzie” by Robert Małecki

Czasami sięgnięcie po jakąś książkę w moim przypadku jest zupełnie spontaniczne. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czytam w pierwszej kolejności moich ulubionych Autorów. Czasami czytam tych, których ci Autorzy polecają. A czasami sięgam po książkę, bo intuicja mi podpowiada. I jeszcze ani razu intuicja się nie pomyliła. Uśpiła się dwa razy, przy światowych „bestsellerach”, które okazały się nie tylko stratą czasu (na szczęście nie pieniędzy), ale przy których wymiękłam po około osiemdziesięciu stronach. Zawsze mówiłam, że – jak z miodem – najzdrowiej lokalnie.

Ta książka to był spontan. Kręciłam się koło niej w pewnej sieciowej księgarni, zerkała na mnie kusząco, kiedy odbierałam kolejne zamówienia, zastanawiałam się, wertowałam, aż w końcu…. stało się. Zaczęłam czytać. I tak strasznie mi to skomplikowało żywot… Bo tak – obiecująco wygląda sam fakt, że tom pierwszy. Znaczy, że będzie więcej. Ale z drugiej strony – no jak tu potem czytać następne, bo nie wiem, kiedy następne, a przy moich przypadłościach różnych to zapomnę, o co kaman. Ale nic to, przypomnę sobie. Jednakowoż problem z tego typu książkami, co to Autora nie znam, w sensie nie znam jego stylu pisania, polega na tym, że nie jestem w stanie przewidzieć, jak bardzo będę musiała przeorganizować życie, żeby CZYTAĆ. Wchłaniać. Pochłaniać. Olewać wszystko inne, albo przyspieszać, by móc poczytać. No i kapa. Kanał. Kolejny raz intuicja dała mi się we znaki.

Panie Robercie – gratuluję. Udało się Panu napisać książkę (choć wyrywało mi się spod palców „stworzyć dzieło”), która wciągnęła mnie kompletnie i bez reszty. Po streszczenie treści jak zwykle odsyłam zainteresowanych do różnych portali – ja napiszę subiektywnie. Książka znakomita. Zagmatwał Pan fabułę w sposób przeze mnie mocno lubiany. Historia sprzed lat, której pokłosiem stają się układy i układziki na szczeblach władzy lokalnej, kilka ofiar śmiertelnych, nadal nie rozwiązana zagadka zaginięcia, dramat, który po latach pozwala na ujawnienie nieczystych zagrywek i Wielki Brat, jak ochrzciłam Szamana i już jestem ciekawa, jak jego wątek zaistnieje w kolejnych tomach. Nie ukrywam, że jeszcze chwilę zajmie mi poukładanie niektórych wątków, taka moja przypadłość, ale mam nadzieję, że ogarnę. Bo nie pasuje mi tylko jedna rzecz, w sensie nie do końca jestem pewna, dlaczego się stało jak stało się, ale nie to jedno rozkminiałam na raty, więc myślę, że w końcu…

Jedno, co mogę powiedzieć – gratuluję serdecznie i czekam na kolejne! A książkę serdecznie poleca wszystkim, którzy są w stanie docenić kawał naprawdę świetnej, pisarskiej i kryminalnej roboty!

„Zombie” by Wojciech Chmielarz

Z pamięcią bywa bardzo różnie. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy obdarzeni zostali tą ejdetyczną i pamiętają, co robili 22 października 2007 roku na przykład. Co powinnam pamiętać i ja, ale bez spojrzenia na obrączkę to nie ma bata, żeby przyszło samo z siebie. A co robiłam na przykład w ósmej klasie podstawówki pod koniec czerwca? Mając lat piętnaście? Jak przez mgłę.

Kiedy zabrałam się za „Zombie” Wojciecha Chmielarza, musiałam sobie przynajmniej po łebkach przypomnieć, o co chodziło w „Wampirze”. Moja pamięć niestety zaburzona jest przez pewną przypadłość, nieco utrudniającą mi życie, ale kiedy czytałam „Zombiego”… wróciło samo. Już sam fakt, że akcja toczy się w Gliwicach, że rozpoznawałam opisywane miejsca, że mniej więcej byłam w stanie zlokalizować miejsce zamieszkania Dawida i Karoliny (Wojciech, wiem, że nie Manhattan, pomyliły mi się bloki, a chodziło mi właśnie o to osiedle, o którym mi pisałeś ;) ), że w sumie w tych miejscach bywałam – to wciągnęło mnie jeszcze bardziej, bo nie musiałam sobie wyobrażać, czy wizualizować miejsc, po których poruszają się bohaterowie. A bohaterowie są… o rany boskie… Wiesz, już dawno nie zdarzyło mi się spotkać w książce głównego bohatera tak wkurzającego do granic niemożliwości. Dawid wyprowadzał mnie z równowagi swoim egoizmem, brakiem jakiegoś życiowego ogarnięcia, momentami miałam wrażenie, że z niego taki detektyw, jak, za przeproszeniem, z koziej rzyci rajzentasza. Sposób, w jaki traktował Martę, jego przejmowanie się tylko własnym kawałkiem tylnej części ciała, to wszystko doprowadzało do szału, ale znakomicie wpasowało się w fabułę.

Adam zaskoczył mnie mocno. Cała historia, która zaczęła się, kiedy miał piętnaście lat, a której smutny finał miał miejsce dwadzieścia lat później, krzywda, którą wyrządzał, którą wyrządził, i która w konsekwencji pociągnęła za sobą śmiertelne żniwo – porażająca w swojej sile i tym, jak bardzo wpłynęła na losy poszukiwanego przez niego mordercy. I pokazuje, jak bardzo jednak pamięć potrafi być omylna…

Książka wciąga jak najmroczniejszy wir. Bardzo trudno jest się od niej oderwać, czyta się ją z jednej strony ciągiem i płynnie, wraca się do niej myślami, kiedy jednak trzeba oddać się pracy zarobkowej, a potem wciąga jak czarna maź, by wreszcie na końcu wprowadzić czytelnika w stan totalnego osłupienia. Szanowny Panie Autorze – znakomita! Fantastycznie skonstruowana fabuła, zakończenie mistrzowskie, mam wrażenie, że ta książka podoba mi się najbardziej ze wszystkich dotychczas przeczytanych. A podobały mi się wszystkie. I na pewno będę ją polecać!

„Martwe ciała” by Waldemar Ciszak i Michał Larek

Nie przepadam za literaturą faktu. Zwłaszcza w odniesieniu do spraw karnych i procesów sądowych. Z niewiadomych przyczyn jednakowoż intuicja pchnęła mnie wprost w świat, opisywany przez dwóch znakomitych Autorów.

Ta książka to zapis niewiarygodnej wprost sprawy karnej, toczącej się w latach 80. XX wieku. Dla jednych to odległa przeszłość, dla mnie to lata wczesnej młodości. I chyba dlatego… kurczę, nie mogę powiedzieć, że wstrząsnęła mnie ta książka. Nie dlatego, że słaba, broń Boże. Ale sposób przekazywania informacji jest naprawdę mocno obiektywny, subiektywizm pojawia się w momencie tłumaczenia „z polskiego na nasze”, czyli, na przykład, zawiłości opinii biegłych psychiatrów na język zrozumiały dla laika. Wstrząśnie mnie pewnie od jutra rana, kiedy zacznie do mnie docierać ogrom zbrodni i niemoralności tego, czego dopuścił się główny „bohater” – nekrofil, morderca i dzieciobójca.

Książka jest szczegółowym zapisem tej sprawy, ze znakomicie oddanym nie tylko klimatem, zarówno dochodzenia, jak już i samego procesu, gdzie, co prawda, zakończenie jest jakby jasne, ale czyta się to z niekłamanym poruszeniem…

Polecam!

„Maski zła” by Iwona Banach

Wyobraź sobie małe, senne miasteczko. Takie jak to jedno z wielu, przez które tylko przejeżdżasz, zmierzając w dowolnym kierunku w Polsce. Miasteczko z rynkiem, ukwieconym skwerkami, z latarniami nadającymi wieczorem niezwykłego klimatu, z małymi domkami, tłoczącymi się wzdłuż uliczek…

Miasteczko, na którego obrzeżach znajduje się park, albo las, nie wiadomo w sumie, ale w całej tej zieleni skrywa się duży, opustoszały budynek. Widzisz to? Czujesz tajemnicę, która już zaczyna kiełkować w Twojej wyobraźni? A może to nie tylko Twoja wyobraźnia, tylko rzeczywiste przeczucie? Że w tym budynku wydarzyło się niewyobrażalne zło, że ktoś cierpiał niewymownie, że to nie taki zwykły budynek?… zainteresowało Cię to?…Miasteczko, jakich wiele… i pewnie jak w wielu jemu podobnych – pełne tajemnic i milczenia…. i masek, skrywających to, czego nikt postronny widzieć nie powinien…

To teraz z innej strony. Wyobraź sobie Autorkę, której książki czytasz narażając się na co najmniej zdziwienie obserwujących Cię w poczekalni u lekarza ludzi. Bo dusisz się ze śmiechu. Bo miś zakopiański… a zresztą, trzeba przeczytać „Lokatora do wynajęcia”. A potem trafiasz na „Pocałunek Fauna” i totalne zaskoczenie…

Że „Maski zła” będą zaskakujące – domyśliłam się, czytając o tej książce informację w internecie. Jednakowoż najbardziej zaskakujące było to, że zdarzyła się książka, która mnie naprawdę zatchnęła. Musiałam robić przerwy. Żeby ochłonąć. Niby znam realia placówek opiekuńczych z autopsji. Niby coś tam gdzieś tam czytałam. Ale realizm przedstawionych tu sytuacji powodowała, że musiałam odkładać tę książkę na bok. Tym bardziej, że niejako dwoistość sytuacyjna – czyli sprawa morderstw i instytutu, a z drugiej rozmowy dzieci – powodowała mnogość domysłów i zmuszała do zastanowienia się, o co tu, kurde, chodzi.

Jak zwykle natomiast – znakomita narracja, świetnie skonstruowana fabuła, zakończenie po prostu MISTRZOWSKIE, szacunek, naprawdę, w życiu bym nie pomyślała…

Książkę mogę tylko polecić. Innej opcji nie widzę. A Pani Iwonie serdecznie dziękuję!

„Żony jednego męża” by Anna Fryczkowska

Pani Aniu – dziękuję.

W zasadzie mogłabym napisać tylko to. Ale przecież wylewa się ze mnie, niestety mocno nieuporządkowanym strumieniem. Bo i książka mocno zaskakująca. Wiecie, co zaskakuje najbardziej w książkach tej Autorki? Niewiarygodna różnorodność. Każda książka to zupełnie inny klimat i zupełnie inna historia. Ta trochę przypomina mi „Trafiona, zatopiona”, ale tylko trochę.

Historia niby prosta, ale jednak nie do końca. I choć generalnie od pierwszego rozdziału wiadomo, o co chodzi, to nic nie jest tak oczywiste, jakby się mogło wydawać. Pierwsza moja myśl – społecznie nieoficjalnie układ idealny. Mężczyzna. Dwie kobiety. Każda zaspokajająca innego jego potrzeby. Coś do zaakceptowania po cichu i bez większego społecznego oburzenia. Druga myśl – dwie kobiety. Każda inna. Każda mająca kompletnie inne potrzeby. I to już nie jest tak społecznie to zaakceptowania… Percepcja zmienia się zgodnie z socjalizacją. Tutaj, nie ukrywam, musiałabym się podzielić sobą bardziej, niż chciałabym, więc jakby sobie daruję.

To może ze społecznie prawie poprawnego punktu widzenia. Uczy się nas od dziecka pewnych norm i reguł społecznych, w ramach których nie tylko przebiega nasza socjalizacja, ale i według których poukładany jest delikatny i kruchy świat wzajemnych relacji, opartych na tychże ustalonych zasadach. Ktoś bardzo mądry napisał, że „obiektywna rzeczywistość jest inkorporowana w subiektywną świadomość”. W przypadku bohaterów tej książki wszystko wydaje się proste i naturalne, dopóki dzieje się poza dostępem świata zewnętrznego. Subiektywna świadomość bohaterów nie jest narażona na żadne zewnętrzne ataki, dopóki ktoś nie dopatrzy się w tym układzie nienormalności. Niemoralności. Bo po cichu układ mężczyzna – żona i ewentualna kochanka „na boku” – daje radę. Bo nie mówi się o tym głośno. Bo monogamia nie jest biologicznie naturalna, tylko właśnie normy społeczne ograniczają. Ale faktyczny związek mężczyzny i dwóch kobiet, mieszkających pod jednym dachem – to już za dużo dla naszego poukładanego społeczeństwa.

Żeby się nie zapętlać w moje poglądy – powiem tak. Znakomicie napisana książka. Znakomite studium kobiecości, wspaniałe spojrzenie na zaściankowość i małomiasteczkowość niezależnie od tego, jak wielkie jest miasto. Cudownie skonstruowana fabuła. Książka, od której ciężko się oderwać i ciężko przestać myśleć.

Pani Aniu – dziękuję. Proszę o więcej. I polecam z całego serca.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” by Magdalena Witkiewicz

Na dzisiejszym spotkaniu porozmawiamy o emocjach.

Temat niełatwy. Mówienie o emocjach nie jest naszą mocną stroną. Żadnej płci, choć my, kobiety, uwielbiamy zwalać na facetów. Że to oni są nieczuli, że nie potrafią okazywać swoich uczuć, że na pytanie „A kochasz mnie jeszcze?” odpowiadają „Yhm”, myśląc jednocześnie, że gdyby coś w tej kwestii się zmieniło, to by nam przecież powiedzieli. Albo zawinęliby się po prostu. Ale nie. My im dziurę w brzuchu, „No ale ty w ogóle mi uczuć nie okazujesz!”, mając na myśli brak motyli w brzuchu (se zawsze można narysować), płatków róż, którymi usłana byłaby woda w wannie, oświetlonej świecami i z oślim mlekiem (rany, potem to trzeba posprzątać…), noszenie na rękach, tudzież pląsanie boso o poranku po rosie (tego już może nie skomentuję….). Tak my to widzimy. Jak widzą to oni – a kto ich tam wie. Niby prości. Niby że tak to tak, a nie to nie. A jak przyjdzie co do czego, to cholera wie, co mu się tam w mózgu kluje. Bo jak my mówimy, że fajne te kwiatki Kryśka dostała, to przecież dla nas jasne jest, że to informacja, że my też kwiatków chcemy. A on raczej myśli, żeby pogadać z tym od Kryśki, co nawyrabiał.

Wstęp wyszedł mi, że ho ho. Ale do rzeczy. My tak naprawdę o emocjach też nie umiemy rozmawiać. Zwłaszcza tych niedookreślonych. W związku z powyższym pozwolę sobie na ujawnienie emocji, które mnie się wylęgły w moim żeńsko – męskim socjologicznym mózgu, po przeczytaniu „Czereśni”. A z racji tego, że muszę ten chaos, pchający się dziko na klawiaturę uporządkować, pozwolę sobie na wypunktowanie. Ponieważ moje emocje, związane z tą książką Magdy, dzielą się na jasne i przejrzyste, oraz na te właśnie niedookreślone. A wszystkie razem mocno pomieszane…

1) Smutek. Niby prawie 500 stron, ale jednak jakby za mało. Za szybko się skończyła ta niezwykła historia.

2) Zaskoczenie. Szczerze mówiąc – ta książka mnie mocno zaskoczyła. Jest inna od poprzednich, Magdaleno – wysoko sobie postawiłaś poprzeczkę ;) Tak jak poprzednie – książka znakomicie dopracowana, widać potężną pracę, wykonaną w ramach researchu, tym bardziej, że akcja osadzona jest w mocno nieoczywistym miejscu. Malowniczym zresztą, jak miałam przyjemność przekonać się na Spacerze z Pisarką (to się powinno wpisać na stałe we wszystkie spotkania autorskie – związek pisarza z czytelnikiem, moim skromnym zdaniem, jest jeszcze bardziej emocjonalny i pozytywny). Książka jest wielowątkowa, ale wszystko stanowi przepięknie spójną całość, spinając przeszłość z teraźniejszością, historię z przyszłością, a jednocześnie losami bohaterów rządzi jakaś magia…

3) Wzruszenie. Opisana przez Ciebie, Magdaleno kochana, historia miłośna, jedna i druga, i w sumie jeszcze trzecia i czwarta, biorąc pod uwagę nie tylko historię Anny i Zosi, ale również Janiny i Stefanii…no piękne. Po prostu piękne. Łzy w oczach miałam po wielekroć. Jakież zagmatwane mogą być ścieżki miłości… to tylko Ty mogłaś napisać.

4) Szok. Jak zwykle. Szok na dwa razy, raz pierwszy zaraz na początku, bo jakbym o sobie czytała, a szok drugi – oczywiście historia Anny. A właściwie jej współczesny finał.

5) Radość. Że jest nadzieja. Bo Ty, Madziu, w swoich książkach dajesz nadzieję. Pokazujesz historie, mniej lub bardziej będące fikcją literacką, ale doskonale wiemy, że jak najbardziej realne, że się zdarzają. I pokazujesz, że trzeba czekać. Że warto czekać. Przeczekać burzę, trzęsienie ziemi, zawał serca, najciemniejszą otchłań, rozpacz, koniec wszechświata, bo potem to już tylko może być lepiej. A każde takie doświadczenie daje nowe supermoce. A jak nie supermoce – to uczy, jak wyjść z takiej sytuacji. I że raczej nie chcemy się już w takiej znaleźć. To, jak potoczyły się losy bohaterów, to właśnie taka nadzieja.

6) Zachwyt. Willa, na której się wzorowałaś, kiedy ją zobaczyłam… jedyne, czego mi tam brakowało, to Anna, siedząca na ganku, ale tak szczerze mówiąc, to ja ją tam widziałam… nie miała co prawda czerwonej sukienki, tylko białą, zwiewną, i miała taki spokój na twarzy…

7) Wdzięczność. Że tak piszesz. Że przeniosłaś mnie tam, najpierw książką, a potem zabrałaś nas w to miejsce, by pokazać, co Cię zainspirowało. Dziękuję, że jesteś! <3

Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Książka leci do mojej Mamy, która zachwyci się pewnie nie mniej, niż ja. A potem pewnie dalej. A potem to już tylko pozostanie czekać na kolejne książki i polecać je dalej ;)

Seria z Anną Rogozińską by Joanna Opiat – Bojarska

orca_share_media1493585698087W pewnym momencie trafia się na książki, które wsysają w swoje szpony i nie chcą odpuszczać. Trafia się na Autorów, którzy swoim talentem i wrażliwością budują nieprawdopodobne obrazy. Trafia się wreszcie na serie, których się nie czytało, przy niewiarygodnym zamiłowaniu do tegoż właśnie Autora. I dochodzi się do wniosku że ufff – wzięłam się za serię w momencie, kiedy Pisarka pisze „To koniec, Anno”. Bo założyłam radośnie, że to ostatnia książka z serii i w końcu nie będę, jak w przypadku serii z Aleksandrą Wilk, gryźć paznokci mniej lub bardziej plastikowych, w oczekiwaniu na kolejną książkę.

Pojęcia nie mam, dlaczego radośnie pominęłam te książki, a przynajmniej te dwie pierwsze. Może zmyliła mnie okładka? może zaćmienie w torbiel szyszynki rąbnęło i po prostu zapomniałam? Że są takie książki? Ale dobrze się stało.

Siadłam pewnego dnia i zaczęłam czytać. I, jak zwykle w przypadku Szanownej Pani Joanny (bo wkurza mnie to pisanie po nazwiskach o Autorach, nie ukrywam, jakieś takie to nie pasujące… :) ) było mi się zarwało kilka nocy. Zgryzło się kilka tipsów. Olało się małża. Wyganiało się dziecia szybciej spać. Czytało się w poczekalniach. Zasypiało się jednakowoż również i to nie dlatego, że zamulało, tylko praca w kość dawała, więc z rana samego, do kawy zielonej, Anna Rogozińska zasiadała ze mną. Zaiste.

Joanno kochana. To, co Ty robisz z polskim kryminałem, to, jak wspaniale piszesz, jak znakomicie potrafisz nie tylko zawiązać intrygę, ale w zasadzie… nie, to nie są zwykłe kryminały. Pojęcia nie mam, jak tam się w wielkim świecie pisarskim kwalifikuje książki do gatunków. Że noir, że jakiś tam inny kryminał, ale to to jest po prostu mistrzostwo. Zaczęłam czytać, tak wiesz, na lajcie, jak to u Ciebie, i pomimo tego, że wiedziałam, że za chwilę będzie akcja, to i tak nie byłam przygotowana. Bo Ty tak piszesz. To dosłownie jak jazda na rollercoasterze. Akcja powoli się rozpędza, wchodzimy pomalutku w historię, ale w sumie tak, jakbyśmy weszli w środek Anki dnia, i tak się rozkręca, aż w końcu wjeżdżamy na szczyt rozpędu i potem to już jest tylko jazda bez trzymanki. Akcja po akcji, intryga goni intrygę, Anka mnie momentami wkurza tak, że aż się kot płoszy od moich emocjonalnych reakcji w tym temacie…. a jednocześnie poruszasz tak niezwykle istotne tematy. I jednocześnie wiem, ile pracy kosztowało Cię przygotowanie się do napisania każdego kolejnego zdania. I to właśnie jest ten moment, kiedy wiem, że pomimo powiedzenia, że w każdym jest nienapisana książka, to ja jednak moją książkę zostawię w stanie płynnym w torbieli szyszynki. Bo masz niewiarygodny warsztat, bo czyta się to tak, że aż mam żal, że koniec, i pierwszy raz zdarzyło mi się zawiesić książkę na wirtualnym haczyku jakieś 100 stron do końca nie dlatego, że mnie znudziła, tylko dlatego, że żal mi było ją kończyć…

Moi rodzice emeryci już tupią nóżkami, żeby dostać całą serię w swoje ręce, obawiam się, że nie będę miała po co do nich dzwonić w najbliższym czasie ;)

Dziękuję Ci za Annę, a odliczam już dni do kolejnej „Gry” – a wszystkim zainteresowanym z całego serca polecam i ostrzegam, że jak teraz zaczniecie, to majówka w plecy ;)

„Niebezpieczna gra” by Joanna Opiat – Bojarska

Nie lubię określeń „królowa, król, książę” w odniesieniu do autorów. Nie lubię z dwóch powodów – z jednej strony wydaje mi się, że jest to mocna zasługa odpowiedniego marketingu, a z drugiej – w pewnym momencie zaczyna się to przekładać na swoiste ciśnienie, związane ze stawianymi przed takowym, obdarowanym tytułem, oczekiwaniami. I nagle poziom tego pisania zaczyna gwałtownie spadać.

A tymczasem gdzieś obok, nie tak mocno medialnie, za to genialnie, publikują coraz lepsze książki coraz ciekawsi Autorzy. I właśnie dlatego ograniczam się w czytaniu do polskiego pola, bo co rusz trafiam na Perłę. Na tą konkretną trafiłam już jakiś czas temu. Wtedy przekonał mnie nie tylko kunszt pisarski, ale i dopracowanie – zarówno treści, wątków, jak i samych postaci.

Ta Autorka pisze różnie. Nie tak dawno trafiłam na książkę poniekąd biograficzną, jeszcze chwilę wcześniej na niezwykle prawdziwą książkę o matkach. Ale cała moja przygoda zdecydowanie rozpoczęła się dość spory kawał czasu temu od kryminałów.
Przekonać mnie, żebym sięgała po kolejne książki konkretnego autora nie jest łatwo. Niezależnie od utytułowania rzeczonego. Musi mnie wciągnąć. Musi mnie zaintrygować. Musi spowodować zarywanie nocy i nieustanne myślenie o powrocie na strony. Czasami musi prowokować to chwilowego zaprzestania czytania, bo treść przytłacza i trzeba się z tym przespać. I tu w końcu dochodzimy do sedna.

Joanna Opiat – Bojarska, bo to oczywiście o niej mowa, jest Autorką wyjątkową. Jej książki wzbudzają we mnie mocno mieszane uczucia. Mówię tu o kryminałach, bo jeden z nich właśnie skończyłam czytać. Jej książki to nie tyko intryga kryminalna. To nie tylko gotowa baza pod znakomity film sensacyjny. To nie tylko wspaniały kunszt pisarski. To przede wszystkim niesamowite dopracowanie tematu, to możliwość wejścia w świat bohaterów ze świadomością, że Autorka przeprowadziła solidny research, że możemy być TAM. Jesteśmy na miejscu zbrodni, podążamy za Aleksandrą Wilk po śladach jej łódzkiej przeszłości i teraźniejszości, współodczuwamy z Urszulą jej fobię, zachwycamy się motylami, a co najważniejsze – z zapartym tchem śledzimy kolejne postępy śledztwa, spoglądamy na nie oczyma głównej bohaterki, zarywamy noc, nie możemy przestać myśleć…

Autorka z pełną świadomością wprowadza nas w ten świat w sposób profesjonalny, pełen pasji i znakomicie zrealizowanego zamysłu. Po raz kolejny jestem mocno zachwycona Jej książką, nie ukrywam, zakończenie daje dużą nadzieję na ciąg dalszy losów Aleksandry i jej dzieci, na które będę czekać z nieodmienną niecierpliwością. Jak zwykle już – nie streszczam książki, nie recenzuję jej. To, co mogę powiedzieć, to moje uczucia. Moje i mojego Ojca, który jest mocno krytycznie nastawiony do podrzucanych mu przeze mnie książek. Tym razem jednakowoż stwierdził, że tak dobrej książki już dawno nie czytał.
Joanno – to ja teraz, zapewne w imieniu wielu innych Czytelników, mocno upraszam o ciąg dalszy. I to szybko! I mam szczerą nadzieję, że zamiar, jaki towarzyszył napisaniu tej książki, czyli próba rozwikłania zagadki zbrodni sprzed lat, rzeczywiście przyniesie przełom.

A Wam z całego serca polecam.

„Do trzech razy śmierć” by Alek Rogoziński

Prowadzenie dyskusji z Autorem nie jest łatwe. A prowadzenie dyskusji z Autorem, którego książkę akurat się czyta, a żeby było śmieszniej – Autor akurat buja się po Polsce w trasie promocyjnej, a człowiek siedzi sobie na sofce pod kocykiem we własny domu w pewnym małym mieście, które… a to za chwilę – za dużo a i się trochę pogubiłam. No więc prowadzenie dyskusji z nieobecnym zakrawa nieco na konieczność zawezwania pogotowia psychiatrycznego. Jeśli takowe istnieje.  Ale jakby nie da się inaczej, jeśli tymże Autorem jest niejaki Alek Rogoziński.

Alek – jakoś mnie ta książka nie zaskoczyła. Mówię Ci to z całą szczerością. No bo jak mnie miała zaskoczyć? Kiedy wiedziałam, że to będzie kolejny strzał w dziesiątkę? ;) Bo nie zaskoczyło mnie kompletnie, że będę kradła te chwile, zanim padnę na pysk, żeby przeczytać choć trochę, że będę z zapartym tchem śledzić kolejne fazy rozwijającej się intrygi, że będzie mi tak żal, że już koniec… W Róży Krull oczywiście się zakochałam. Kobieta jest niesamowita. Jak sobie wyobraziłam ją biegnącą kurcgalopkiem w złotych szpilkach… choć nie ukrywam, kuchnia molekularna spowodowała niewielkie zawiasy w moim mózgu, który jakby nie przyjął do wiadomości, że może być coś takiego, jak lody musztardowe… Intrygę skonstruowałeś po mistrzowsku. Do końca nie wiadomo, kto zabił, a grono podejrzanych zaiste niewielkim było. I powiem Ci, że w ogóle przez cały czas miałam wrażenie, jakbym tam była, jakbym ich podsłuchiwała, czuła zapach mokradeł, gubiła się razem z Różą w zakamarkach tego dworku – no nie da się ukryć, że jesteś Mistrzem w oddawaniu klimatu!

Jako pyskowiczanka jestem Ci wdzięczna za wymienienie naszego miasteczka, no może kontekst nieszczęśliwy, ale jednak :D Teraz też w takim mieszkam, ale to naprawdę miasto jest… pomimo kur chodzących przy trasie przelotowej, co małżowi wypominam, kiedy się śmieje, że Pyskowice to wieś i Ci przyklasnął… bydzie haja, jak to sie u nos godo :D

Oczywiście książkę czyta się znakomicie. Wciąga mocno, a te dyskusje to wiesz, w kontekście „Aleś pojechał” raczej były. Choć tak przez moment zrobiło mi się smutno, myślę, że wiesz, o który moment chodzi… Ale pomimo panującej grozy, bo przecież tam zbrodnie były, chciałabym choć przez moment znaleźć się w tym barwnym towarzystwie pisarzy i blogerek, nawet niech będzie ta mątwa na obiad i ten łosoś w spraju… i pasztet czekoladowy też. Gratuluję Ci kolejnej fantastycznej książki, tom I rokuje radośnie przyszłe wizyty Róży w moim salonie, jak ona się weźmie za współpracę ze swoim PR-owcem, to będzie bonanza i drżyjcie narody. A wszystkim zainteresowanym z czystym sumieniem polecam!