„Maski zła” by Iwona Banach

Wyobraź sobie małe, senne miasteczko. Takie jak to jedno z wielu, przez które tylko przejeżdżasz, zmierzając w dowolnym kierunku w Polsce. Miasteczko z rynkiem, ukwieconym skwerkami, z latarniami nadającymi wieczorem niezwykłego klimatu, z małymi domkami, tłoczącymi się wzdłuż uliczek…

Miasteczko, na którego obrzeżach znajduje się park, albo las, nie wiadomo w sumie, ale w całej tej zieleni skrywa się duży, opustoszały budynek. Widzisz to? Czujesz tajemnicę, która już zaczyna kiełkować w Twojej wyobraźni? A może to nie tylko Twoja wyobraźnia, tylko rzeczywiste przeczucie? Że w tym budynku wydarzyło się niewyobrażalne zło, że ktoś cierpiał niewymownie, że to nie taki zwykły budynek?… zainteresowało Cię to?…Miasteczko, jakich wiele… i pewnie jak w wielu jemu podobnych – pełne tajemnic i milczenia…. i masek, skrywających to, czego nikt postronny widzieć nie powinien…

To teraz z innej strony. Wyobraź sobie Autorkę, której książki czytasz narażając się na co najmniej zdziwienie obserwujących Cię w poczekalni u lekarza ludzi. Bo dusisz się ze śmiechu. Bo miś zakopiański… a zresztą, trzeba przeczytać „Lokatora do wynajęcia”. A potem trafiasz na „Pocałunek Fauna” i totalne zaskoczenie…

Że „Maski zła” będą zaskakujące – domyśliłam się, czytając o tej książce informację w internecie. Jednakowoż najbardziej zaskakujące było to, że zdarzyła się książka, która mnie naprawdę zatchnęła. Musiałam robić przerwy. Żeby ochłonąć. Niby znam realia placówek opiekuńczych z autopsji. Niby coś tam gdzieś tam czytałam. Ale realizm przedstawionych tu sytuacji powodowała, że musiałam odkładać tę książkę na bok. Tym bardziej, że niejako dwoistość sytuacyjna – czyli sprawa morderstw i instytutu, a z drugiej rozmowy dzieci – powodowała mnogość domysłów i zmuszała do zastanowienia się, o co tu, kurde, chodzi.

Jak zwykle natomiast – znakomita narracja, świetnie skonstruowana fabuła, zakończenie po prostu MISTRZOWSKIE, szacunek, naprawdę, w życiu bym nie pomyślała…

Książkę mogę tylko polecić. Innej opcji nie widzę. A Pani Iwonie serdecznie dziękuję!

„Żony jednego męża” by Anna Fryczkowska

Pani Aniu – dziękuję.

W zasadzie mogłabym napisać tylko to. Ale przecież wylewa się ze mnie, niestety mocno nieuporządkowanym strumieniem. Bo i książka mocno zaskakująca. Wiecie, co zaskakuje najbardziej w książkach tej Autorki? Niewiarygodna różnorodność. Każda książka to zupełnie inny klimat i zupełnie inna historia. Ta trochę przypomina mi „Trafiona, zatopiona”, ale tylko trochę.

Historia niby prosta, ale jednak nie do końca. I choć generalnie od pierwszego rozdziału wiadomo, o co chodzi, to nic nie jest tak oczywiste, jakby się mogło wydawać. Pierwsza moja myśl – społecznie nieoficjalnie układ idealny. Mężczyzna. Dwie kobiety. Każda zaspokajająca innego jego potrzeby. Coś do zaakceptowania po cichu i bez większego społecznego oburzenia. Druga myśl – dwie kobiety. Każda inna. Każda mająca kompletnie inne potrzeby. I to już nie jest tak społecznie to zaakceptowania… Percepcja zmienia się zgodnie z socjalizacją. Tutaj, nie ukrywam, musiałabym się podzielić sobą bardziej, niż chciałabym, więc jakby sobie daruję.

To może ze społecznie prawie poprawnego punktu widzenia. Uczy się nas od dziecka pewnych norm i reguł społecznych, w ramach których nie tylko przebiega nasza socjalizacja, ale i według których poukładany jest delikatny i kruchy świat wzajemnych relacji, opartych na tychże ustalonych zasadach. Ktoś bardzo mądry napisał, że „obiektywna rzeczywistość jest inkorporowana w subiektywną świadomość”. W przypadku bohaterów tej książki wszystko wydaje się proste i naturalne, dopóki dzieje się poza dostępem świata zewnętrznego. Subiektywna świadomość bohaterów nie jest narażona na żadne zewnętrzne ataki, dopóki ktoś nie dopatrzy się w tym układzie nienormalności. Niemoralności. Bo po cichu układ mężczyzna – żona i ewentualna kochanka „na boku” – daje radę. Bo nie mówi się o tym głośno. Bo monogamia nie jest biologicznie naturalna, tylko właśnie normy społeczne ograniczają. Ale faktyczny związek mężczyzny i dwóch kobiet, mieszkających pod jednym dachem – to już za dużo dla naszego poukładanego społeczeństwa.

Żeby się nie zapętlać w moje poglądy – powiem tak. Znakomicie napisana książka. Znakomite studium kobiecości, wspaniałe spojrzenie na zaściankowość i małomiasteczkowość niezależnie od tego, jak wielkie jest miasto. Cudownie skonstruowana fabuła. Książka, od której ciężko się oderwać i ciężko przestać myśleć.

Pani Aniu – dziękuję. Proszę o więcej. I polecam z całego serca.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” by Magdalena Witkiewicz

Na dzisiejszym spotkaniu porozmawiamy o emocjach.

Temat niełatwy. Mówienie o emocjach nie jest naszą mocną stroną. Żadnej płci, choć my, kobiety, uwielbiamy zwalać na facetów. Że to oni są nieczuli, że nie potrafią okazywać swoich uczuć, że na pytanie „A kochasz mnie jeszcze?” odpowiadają „Yhm”, myśląc jednocześnie, że gdyby coś w tej kwestii się zmieniło, to by nam przecież powiedzieli. Albo zawinęliby się po prostu. Ale nie. My im dziurę w brzuchu, „No ale ty w ogóle mi uczuć nie okazujesz!”, mając na myśli brak motyli w brzuchu (se zawsze można narysować), płatków róż, którymi usłana byłaby woda w wannie, oświetlonej świecami i z oślim mlekiem (rany, potem to trzeba posprzątać…), noszenie na rękach, tudzież pląsanie boso o poranku po rosie (tego już może nie skomentuję….). Tak my to widzimy. Jak widzą to oni – a kto ich tam wie. Niby prości. Niby że tak to tak, a nie to nie. A jak przyjdzie co do czego, to cholera wie, co mu się tam w mózgu kluje. Bo jak my mówimy, że fajne te kwiatki Kryśka dostała, to przecież dla nas jasne jest, że to informacja, że my też kwiatków chcemy. A on raczej myśli, żeby pogadać z tym od Kryśki, co nawyrabiał.

Wstęp wyszedł mi, że ho ho. Ale do rzeczy. My tak naprawdę o emocjach też nie umiemy rozmawiać. Zwłaszcza tych niedookreślonych. W związku z powyższym pozwolę sobie na ujawnienie emocji, które mnie się wylęgły w moim żeńsko – męskim socjologicznym mózgu, po przeczytaniu „Czereśni”. A z racji tego, że muszę ten chaos, pchający się dziko na klawiaturę uporządkować, pozwolę sobie na wypunktowanie. Ponieważ moje emocje, związane z tą książką Magdy, dzielą się na jasne i przejrzyste, oraz na te właśnie niedookreślone. A wszystkie razem mocno pomieszane…

1) Smutek. Niby prawie 500 stron, ale jednak jakby za mało. Za szybko się skończyła ta niezwykła historia.

2) Zaskoczenie. Szczerze mówiąc – ta książka mnie mocno zaskoczyła. Jest inna od poprzednich, Magdaleno – wysoko sobie postawiłaś poprzeczkę ;) Tak jak poprzednie – książka znakomicie dopracowana, widać potężną pracę, wykonaną w ramach researchu, tym bardziej, że akcja osadzona jest w mocno nieoczywistym miejscu. Malowniczym zresztą, jak miałam przyjemność przekonać się na Spacerze z Pisarką (to się powinno wpisać na stałe we wszystkie spotkania autorskie – związek pisarza z czytelnikiem, moim skromnym zdaniem, jest jeszcze bardziej emocjonalny i pozytywny). Książka jest wielowątkowa, ale wszystko stanowi przepięknie spójną całość, spinając przeszłość z teraźniejszością, historię z przyszłością, a jednocześnie losami bohaterów rządzi jakaś magia…

3) Wzruszenie. Opisana przez Ciebie, Magdaleno kochana, historia miłośna, jedna i druga, i w sumie jeszcze trzecia i czwarta, biorąc pod uwagę nie tylko historię Anny i Zosi, ale również Janiny i Stefanii…no piękne. Po prostu piękne. Łzy w oczach miałam po wielekroć. Jakież zagmatwane mogą być ścieżki miłości… to tylko Ty mogłaś napisać.

4) Szok. Jak zwykle. Szok na dwa razy, raz pierwszy zaraz na początku, bo jakbym o sobie czytała, a szok drugi – oczywiście historia Anny. A właściwie jej współczesny finał.

5) Radość. Że jest nadzieja. Bo Ty, Madziu, w swoich książkach dajesz nadzieję. Pokazujesz historie, mniej lub bardziej będące fikcją literacką, ale doskonale wiemy, że jak najbardziej realne, że się zdarzają. I pokazujesz, że trzeba czekać. Że warto czekać. Przeczekać burzę, trzęsienie ziemi, zawał serca, najciemniejszą otchłań, rozpacz, koniec wszechświata, bo potem to już tylko może być lepiej. A każde takie doświadczenie daje nowe supermoce. A jak nie supermoce – to uczy, jak wyjść z takiej sytuacji. I że raczej nie chcemy się już w takiej znaleźć. To, jak potoczyły się losy bohaterów, to właśnie taka nadzieja.

6) Zachwyt. Willa, na której się wzorowałaś, kiedy ją zobaczyłam… jedyne, czego mi tam brakowało, to Anna, siedząca na ganku, ale tak szczerze mówiąc, to ja ją tam widziałam… nie miała co prawda czerwonej sukienki, tylko białą, zwiewną, i miała taki spokój na twarzy…

7) Wdzięczność. Że tak piszesz. Że przeniosłaś mnie tam, najpierw książką, a potem zabrałaś nas w to miejsce, by pokazać, co Cię zainspirowało. Dziękuję, że jesteś! <3

Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Książka leci do mojej Mamy, która zachwyci się pewnie nie mniej, niż ja. A potem pewnie dalej. A potem to już tylko pozostanie czekać na kolejne książki i polecać je dalej ;)

Seria z Anną Rogozińską by Joanna Opiat – Bojarska

orca_share_media1493585698087W pewnym momencie trafia się na książki, które wsysają w swoje szpony i nie chcą odpuszczać. Trafia się na Autorów, którzy swoim talentem i wrażliwością budują nieprawdopodobne obrazy. Trafia się wreszcie na serie, których się nie czytało, przy niewiarygodnym zamiłowaniu do tegoż właśnie Autora. I dochodzi się do wniosku że ufff – wzięłam się za serię w momencie, kiedy Pisarka pisze „To koniec, Anno”. Bo założyłam radośnie, że to ostatnia książka z serii i w końcu nie będę, jak w przypadku serii z Aleksandrą Wilk, gryźć paznokci mniej lub bardziej plastikowych, w oczekiwaniu na kolejną książkę.

Pojęcia nie mam, dlaczego radośnie pominęłam te książki, a przynajmniej te dwie pierwsze. Może zmyliła mnie okładka? może zaćmienie w torbiel szyszynki rąbnęło i po prostu zapomniałam? Że są takie książki? Ale dobrze się stało.

Siadłam pewnego dnia i zaczęłam czytać. I, jak zwykle w przypadku Szanownej Pani Joanny (bo wkurza mnie to pisanie po nazwiskach o Autorach, nie ukrywam, jakieś takie to nie pasujące… :) ) było mi się zarwało kilka nocy. Zgryzło się kilka tipsów. Olało się małża. Wyganiało się dziecia szybciej spać. Czytało się w poczekalniach. Zasypiało się jednakowoż również i to nie dlatego, że zamulało, tylko praca w kość dawała, więc z rana samego, do kawy zielonej, Anna Rogozińska zasiadała ze mną. Zaiste.

Joanno kochana. To, co Ty robisz z polskim kryminałem, to, jak wspaniale piszesz, jak znakomicie potrafisz nie tylko zawiązać intrygę, ale w zasadzie… nie, to nie są zwykłe kryminały. Pojęcia nie mam, jak tam się w wielkim świecie pisarskim kwalifikuje książki do gatunków. Że noir, że jakiś tam inny kryminał, ale to to jest po prostu mistrzostwo. Zaczęłam czytać, tak wiesz, na lajcie, jak to u Ciebie, i pomimo tego, że wiedziałam, że za chwilę będzie akcja, to i tak nie byłam przygotowana. Bo Ty tak piszesz. To dosłownie jak jazda na rollercoasterze. Akcja powoli się rozpędza, wchodzimy pomalutku w historię, ale w sumie tak, jakbyśmy weszli w środek Anki dnia, i tak się rozkręca, aż w końcu wjeżdżamy na szczyt rozpędu i potem to już jest tylko jazda bez trzymanki. Akcja po akcji, intryga goni intrygę, Anka mnie momentami wkurza tak, że aż się kot płoszy od moich emocjonalnych reakcji w tym temacie…. a jednocześnie poruszasz tak niezwykle istotne tematy. I jednocześnie wiem, ile pracy kosztowało Cię przygotowanie się do napisania każdego kolejnego zdania. I to właśnie jest ten moment, kiedy wiem, że pomimo powiedzenia, że w każdym jest nienapisana książka, to ja jednak moją książkę zostawię w stanie płynnym w torbieli szyszynki. Bo masz niewiarygodny warsztat, bo czyta się to tak, że aż mam żal, że koniec, i pierwszy raz zdarzyło mi się zawiesić książkę na wirtualnym haczyku jakieś 100 stron do końca nie dlatego, że mnie znudziła, tylko dlatego, że żal mi było ją kończyć…

Moi rodzice emeryci już tupią nóżkami, żeby dostać całą serię w swoje ręce, obawiam się, że nie będę miała po co do nich dzwonić w najbliższym czasie ;)

Dziękuję Ci za Annę, a odliczam już dni do kolejnej „Gry” – a wszystkim zainteresowanym z całego serca polecam i ostrzegam, że jak teraz zaczniecie, to majówka w plecy ;)

„Niebezpieczna gra” by Joanna Opiat – Bojarska

Nie lubię określeń „królowa, król, książę” w odniesieniu do autorów. Nie lubię z dwóch powodów – z jednej strony wydaje mi się, że jest to mocna zasługa odpowiedniego marketingu, a z drugiej – w pewnym momencie zaczyna się to przekładać na swoiste ciśnienie, związane ze stawianymi przed takowym, obdarowanym tytułem, oczekiwaniami. I nagle poziom tego pisania zaczyna gwałtownie spadać.

A tymczasem gdzieś obok, nie tak mocno medialnie, za to genialnie, publikują coraz lepsze książki coraz ciekawsi Autorzy. I właśnie dlatego ograniczam się w czytaniu do polskiego pola, bo co rusz trafiam na Perłę. Na tą konkretną trafiłam już jakiś czas temu. Wtedy przekonał mnie nie tylko kunszt pisarski, ale i dopracowanie – zarówno treści, wątków, jak i samych postaci.

Ta Autorka pisze różnie. Nie tak dawno trafiłam na książkę poniekąd biograficzną, jeszcze chwilę wcześniej na niezwykle prawdziwą książkę o matkach. Ale cała moja przygoda zdecydowanie rozpoczęła się dość spory kawał czasu temu od kryminałów.
Przekonać mnie, żebym sięgała po kolejne książki konkretnego autora nie jest łatwo. Niezależnie od utytułowania rzeczonego. Musi mnie wciągnąć. Musi mnie zaintrygować. Musi spowodować zarywanie nocy i nieustanne myślenie o powrocie na strony. Czasami musi prowokować to chwilowego zaprzestania czytania, bo treść przytłacza i trzeba się z tym przespać. I tu w końcu dochodzimy do sedna.

Joanna Opiat – Bojarska, bo to oczywiście o niej mowa, jest Autorką wyjątkową. Jej książki wzbudzają we mnie mocno mieszane uczucia. Mówię tu o kryminałach, bo jeden z nich właśnie skończyłam czytać. Jej książki to nie tyko intryga kryminalna. To nie tylko gotowa baza pod znakomity film sensacyjny. To nie tylko wspaniały kunszt pisarski. To przede wszystkim niesamowite dopracowanie tematu, to możliwość wejścia w świat bohaterów ze świadomością, że Autorka przeprowadziła solidny research, że możemy być TAM. Jesteśmy na miejscu zbrodni, podążamy za Aleksandrą Wilk po śladach jej łódzkiej przeszłości i teraźniejszości, współodczuwamy z Urszulą jej fobię, zachwycamy się motylami, a co najważniejsze – z zapartym tchem śledzimy kolejne postępy śledztwa, spoglądamy na nie oczyma głównej bohaterki, zarywamy noc, nie możemy przestać myśleć…

Autorka z pełną świadomością wprowadza nas w ten świat w sposób profesjonalny, pełen pasji i znakomicie zrealizowanego zamysłu. Po raz kolejny jestem mocno zachwycona Jej książką, nie ukrywam, zakończenie daje dużą nadzieję na ciąg dalszy losów Aleksandry i jej dzieci, na które będę czekać z nieodmienną niecierpliwością. Jak zwykle już – nie streszczam książki, nie recenzuję jej. To, co mogę powiedzieć, to moje uczucia. Moje i mojego Ojca, który jest mocno krytycznie nastawiony do podrzucanych mu przeze mnie książek. Tym razem jednakowoż stwierdził, że tak dobrej książki już dawno nie czytał.
Joanno – to ja teraz, zapewne w imieniu wielu innych Czytelników, mocno upraszam o ciąg dalszy. I to szybko! I mam szczerą nadzieję, że zamiar, jaki towarzyszył napisaniu tej książki, czyli próba rozwikłania zagadki zbrodni sprzed lat, rzeczywiście przyniesie przełom.

A Wam z całego serca polecam.

„Do trzech razy śmierć” by Alek Rogoziński

Prowadzenie dyskusji z Autorem nie jest łatwe. A prowadzenie dyskusji z Autorem, którego książkę akurat się czyta, a żeby było śmieszniej – Autor akurat buja się po Polsce w trasie promocyjnej, a człowiek siedzi sobie na sofce pod kocykiem we własny domu w pewnym małym mieście, które… a to za chwilę – za dużo a i się trochę pogubiłam. No więc prowadzenie dyskusji z nieobecnym zakrawa nieco na konieczność zawezwania pogotowia psychiatrycznego. Jeśli takowe istnieje.  Ale jakby nie da się inaczej, jeśli tymże Autorem jest niejaki Alek Rogoziński.

Alek – jakoś mnie ta książka nie zaskoczyła. Mówię Ci to z całą szczerością. No bo jak mnie miała zaskoczyć? Kiedy wiedziałam, że to będzie kolejny strzał w dziesiątkę? ;) Bo nie zaskoczyło mnie kompletnie, że będę kradła te chwile, zanim padnę na pysk, żeby przeczytać choć trochę, że będę z zapartym tchem śledzić kolejne fazy rozwijającej się intrygi, że będzie mi tak żal, że już koniec… W Róży Krull oczywiście się zakochałam. Kobieta jest niesamowita. Jak sobie wyobraziłam ją biegnącą kurcgalopkiem w złotych szpilkach… choć nie ukrywam, kuchnia molekularna spowodowała niewielkie zawiasy w moim mózgu, który jakby nie przyjął do wiadomości, że może być coś takiego, jak lody musztardowe… Intrygę skonstruowałeś po mistrzowsku. Do końca nie wiadomo, kto zabił, a grono podejrzanych zaiste niewielkim było. I powiem Ci, że w ogóle przez cały czas miałam wrażenie, jakbym tam była, jakbym ich podsłuchiwała, czuła zapach mokradeł, gubiła się razem z Różą w zakamarkach tego dworku – no nie da się ukryć, że jesteś Mistrzem w oddawaniu klimatu!

Jako pyskowiczanka jestem Ci wdzięczna za wymienienie naszego miasteczka, no może kontekst nieszczęśliwy, ale jednak :D Teraz też w takim mieszkam, ale to naprawdę miasto jest… pomimo kur chodzących przy trasie przelotowej, co małżowi wypominam, kiedy się śmieje, że Pyskowice to wieś i Ci przyklasnął… bydzie haja, jak to sie u nos godo :D

Oczywiście książkę czyta się znakomicie. Wciąga mocno, a te dyskusje to wiesz, w kontekście „Aleś pojechał” raczej były. Choć tak przez moment zrobiło mi się smutno, myślę, że wiesz, o który moment chodzi… Ale pomimo panującej grozy, bo przecież tam zbrodnie były, chciałabym choć przez moment znaleźć się w tym barwnym towarzystwie pisarzy i blogerek, nawet niech będzie ta mątwa na obiad i ten łosoś w spraju… i pasztet czekoladowy też. Gratuluję Ci kolejnej fantastycznej książki, tom I rokuje radośnie przyszłe wizyty Róży w moim salonie, jak ona się weźmie za współpracę ze swoim PR-owcem, to będzie bonanza i drżyjcie narody. A wszystkim zainteresowanym z czystym sumieniem polecam!

„Pracownia dobrych myśli” by Magdalena Witkiewicz <3

Wiesz, jak to jest? Kiedy nagle wszystko staje się proste, bo odkrywasz, że przecież wszystko jest na swoim torze, tylko chwilowo pojawiła się jakaś drobna przeszkoda? Wiesz? I choć często wydaje mi się, że moje życie biegnie gdzieś obok, szukając właściwego toru potrafię przeoczyć malutkie sygnały z Wszechświata, że przecież ta ścieżka jest właściwa. I chociaż już coraz częściej jednak widzę ciąg przyczynowo – skutkowy, który mnie zaprowadził w to konkretne miejsce, jeszcze ciągle, tak mimochodem, podglądam, co dzieje się w rzeczywistości alternatywnej.

Bez sensu? Nie w temacie? A jajo. Bardzo w temacie. Bo to jest tak. Pojechałam kilka lat temu na targi książki w Krakowie. Przebiłam się przez miasto, jeszcze w starej hali to było, gorąco, ja pierwszy raz na targach, więc radośnie pojechałam z jedną torbą, zamiast od razu z walizką na kółkach, i tak od stoiska do stoiska szukałam Autorów, znanych dotychczas jedynie z twórczości. Się śmiej, to tak, jakby gwiazdę rocka spotkać. Jak rozmowa z Michaelem Buble na żywo. Face to face. Jeden Autor kiedyś mi w moim własnym, prywatnym samochodzie wpisywał dedykację dla Ojca mego do swojej książki, to jak mu powiedziałam, że o rany, teraz to ja tego auta nie sprzedam, a jak sprzedam, to z certyfikatem „Tu siedział… „, to myślałam, że pęknie ze śmiechu. A wtedy, w Krakowie, poznałam Magdę Witkiewicz. I to było jak strzał, taki wiesz, jasny rozbryzg. O, jak fajerwerk. Bo niewiarygodne rzadko mam możliwość spotkać Kogoś nie tylko obdarzonego talentem, ale i tak ciepłego, otwartego, i przemiłego. Kto pisze TAKIE książki.

Dobra, wiem, rozgadałam się, ale wiesz, jak ze mną jest, Hanka Bielicka na mnie w przedszkolu nie bez powodu mówili.

Moja mama przeczytała „Pracownię” pierwsza. I już dawno nie widziałam jej tak uśmiechniętej i wyluzowanej. A że ja ostatnio wlazłam w kryminały, wiesz, krew się leje strumieniami, trup się ściele gęsto, to ciężko było mi się przestawić na takie bardziej lajtowe czytanie. Bo Magdę generalnie to uwielbiam. Wszystkie jej książki. Tylko Ona czasami tak o mnie pisze, że aż strach czytać, bo mam wrażenie, że w głowie mi siedzi i podgląda moje życie. Ale z racji tego, że zaistniała wewnętrzna potrzeba przeczytania czegoś Jej, to tak właśnie weszłam do „Pracowni dobrych myśli”. A jak już weszłam, to mi tak żal było, że już mnie tam nie ma, jak się książka skończyła….

No się nagadałam, to teraz Ci o książce opowiem. To fantastyczna historia miejsca, ludzi oczywiście też, ale myślę, że to miejsce, czyli właśnie Pracownia, jest tym punktem centralnym. Punktem odczarowanym po sklepie z szambami,  wcześniej jeszcze z trumnami, odczarowanym magią piękna kwiaciarni i magii babci Pelagii, która doskonale wiedziała, że tylko pozytywna energia może temu miejscu przywrócić jego urok i magię. Punktem skupiającym wokół siebie mieszkańców pewnej kamienicy w pewnym Miasteczku, którzy odnajdują tu nie tylko siebie, ale i niesamowity krąg przyjaciół. I aż chciałoby się tam zamieszkać, pić Wiesławy nalewkę dla zdrowotności, a nade wszystko posiedzieć z nimi, z kwiatem wpiętym we włosy, w tym cudnym gronie, pośmiać się, popłakać, otworzyć… i iść na ten ślub ;)

Przeczytaj tę książkę. Niezależnie od tego, czy jest Ci teraz cudownie, czy jesteś na zakręcie. Bo niezależnie od tego, w jakim punkcie swojego życia się znajdujesz, ciepło Magdy spłynie na Ciebie i da Ci spokój wewnętrzny i uśmiech. A, ale pamiętaj, że to taka książka, przez którą się noce zarywa, bo nie da się jej tak po prostu odłożyć na później ;)

Księgarenka przy ulicy Wiśniowej

Masz swoje magiczne miejsce? Miejsce, w którym czujesz się bezpiecznie? Takie miejsce, że gdyby ktoś Ci powiedział: „A teraz wyobraź sobie, że przenosisz się tam, gdzie czujesz spokój… gdzie zapominasz o świecie i jesteś TY…”. Masz?…

To teraz wyobraź sobie małą księgarnię. Nie sieciówkę, w której sprzedający nie wiedzą, co mają na półkach. Tylko takie miejsce, gdzie nie tylko mile Cię widzą, ale wiedzą, czego potrzebujesz. Intuicyjnie i nienachalnie.

Niezależnie od tego, czy jesteś zrzędliwym dyrektorem teatru, sierotą wychowywaną przez prababcię, kompletnie niedocenioną byłą żoną po przejściach, jakie tylko byłe żony mogą mieć za sobą, sędzią, osądzonym, dziewczyną gangstera…. niezależnie od tego tu masz punkt odniesienia. Wiesz, że ilekroć tu zajrzysz, dostaniesz dokładnie to, co teraz jest Ci potrzebne. 

Każda historia z tej książki jest poruszająca. Każda z nich powoduje uśmiech, niektóre wręcz rechot, który na publicznym basenie skutkuje zadziwionymi spojrzeniami okolicznych współpływaków (Alek Rogoziński – to do Ciebie), każda każe się na chwilę zatrzymać i zastanowić, niektóre powodują nadprodukcję w kanalikach łzowych (Magda Witkiewicz – to tym razem do Ciebie), a każda przede wszystkim powoduje, że święta stają się jeszcze bardzie magiczne.

I jedno wiem na pewno – wrócę tu. Wrócę do „Księgarenki”, niejeden raz.

„Kto wyłączy mój mózg?” by Joanna Opiat – Bojarska

352x500.jpg (127×204)

Dawno, dawno temu…

Nie. Inaczej muszę zacząć. Nie muszę – chcę. Biblioteka w pewnym malowniczym, małym miasteczku na Śląsku jest niewiarygodnie dobrze zaopatrzona. W związku z powyższym ojciec mój został wyposażony w kartkę z listą nazwisk Autorów, których książki kupuję / wypożyczam w ciemno. I tu mi zaimponowali po tysiąckroć bardziej, niż się spodziewałam. Iż albowiem mogłam przeczytać nie tylko „Klub wrednych matek”, ale i właśnie ” Kto wyłączy mój mózg?” Joanny Opiat – Bojarskiej. Pozycje, które mnie o tyle zaskoczyły, że wcześniej znałam Ją tylko z kryminałów, oczywiście znakomicie napisanych. O „Klubie” pewnie też coś napiszę, ale póki co…

Czyta ktoś te moje wypociny? A zresztą – nieważne. Joanno – chwalę Twój mózg. Byłam tam. Miałam GBS. Pewnej pięknej niedzieli, pamiętam jak dziś, a minęło 22 lata. Przygotowywałam się pół dnia na wojewódzką olimpiadę z języka rosyjskiego. Miałam straszną grypę, ale przecież nie mogłam odpuścić. Wypełzłam ze swojej jaskini tylko na obiad. I tak na chwilę wstałam, żeby radio włączyć w sąsiednim pokoju. I nagle piec był na suficie, a ja bezwładnie usiadłam na taborecie. I już nie umiałam ruszyć niczym innym poza głową. Panika mamy, panika taty. Pogotowie, gdzie dowiedziałam się najpierw, że symuluję, ale potem zrobił się problem z pobraniem krwi. I informacja w szpitalu, że na karetkę, która mnie zawiezie na neurologię do Gliwic, trzeba czekać około godziny. Płacz mamy, udawany spokój taty. I moje opanowanie. Choć wtedy to był szok… nagle z nadaktywnej siedemnastolatki warzywo… Rodzice sami mnie zawieźli do szpitala. Mróz, zawieje, ślizgawica. Ładą mnie wieźli… Pierwsza w życiu punkcja, rozbawiło mnie bulgotanie w kręgosłupie… i potem te tygodnie, miesiące dochodzenia do uprzedniej sprawności… i niewielka pamiątka na szczęście tylko…

Ta książka to zapis nie tylko zmagania się z chorobą. To zapis zmagania się z własnymi słabościami, z dojściem do granicy, po której tylko „chciałabym umrzeć” albo „walczę, bo chcę”. To znakomita lektura przede wszystkim. Dla mnie – taki mały prztyczek w nos od Losu, żebym doceniła, że miałam wersję light…  dla Czytelnika – naprawdę, móc usiąść, móc zrobić jeden krok to skarb. Nie zwracamy uwagi na drobiazgi, na codzienną rutynę, dopóki jej nam nie zabraknie…

Książka znakomita. I wiem, że przeczyta ją i moja mama, i pewnie mój ojciec. I szczerze mówiąc – mam nadzieję, że jak najwięcej jeszcze i innych ludzi. Żeby wiedzieli. Jedni – że życiem można tylko się cieszyć, inni  że jest nadzieja, dopóki jest motywacja. A motywacja jest, póki jest życie. Póki świeci słońce, póki śnieg trzeszczy pod stopami, póki na twarzy czuję wiatr.

Polecam!

„Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” by Anna Fryczkowska

Akt 1. Scena 1.

Niewielki salon w niewielkim domku. Za oknem ciemno, to już jesień. Miękka i wygodna sofa, oświetlona stojącą lampą z nietypowym abażurem. Koło sofy stolik, na którym stoi gorąca herbata. Na sofie…

… na sofie siedzi średnio młoda kobieta z zacnym  postanowieniem, że tylko zacznie czytać. Tak na chwilę, bo jutro musi wcześnie wstać. W sumie w ogóle miała chwilę poczekać z tą książką, sama nie wie, dlaczego. Ale, że lubi Autorkę, to pomyślała, że będzie jednym wielkim chodzącym wyrzutem sumienia i jedną wielką niezaspokojoną ciekawością, jeśli choć nie zacznie. Zakłada więc okulary, mości się wygodnie, przykrywa kocykiem i…. znika. Herbata stygnie, zapada zmrok… a pod oczami migają kolejne literki. Literki w książce tak znakomicie napisanej, że kobieta ma dwa wrażenia dominujące:

wrażenie pierwsze: ta noc zdecydowanie będzie zarwana;

wrażenie drugie: kobieta nagle znajduje się w środku niezwykłego spektaklu. I stąd własnie taki nietypowy wstęp.

Książka napisana jest jak gotowy pomysł na sztukę teatralną. To pierwsze primo. Sposób, w jaki przedstawiony są te babeczki, każda osobowość po kolei, każda historia, która je kształtowała i kształtuje, tak znakomicie wplecione w fabułę, to jeden wielki majstersztyk. I tak po trochu coraz więcej tych kobietek i ich przeróżnych życiowych doświadczeń, i tak w tym wszystkim zachowanie płynności… to drugie primo. W sensie, że jak się zacznie czytać, to się nie da tak po prostu w połowie przerwać. To się czyta do tego magicznego momentu, kiedy oczy nie chcą współpracować i się po prostu zamykają. Ale rano, do śniadania, no po prostu trzeba sięgnąć.

I potem jest ten straszny moment. Koniec. Kiedy nagle już historia w sposób przewrotny zostaje zamknięta (czy aby na pewno?), kiedy winny został odkryty (czy tak?…), a więzi i solidarność babska zostały w sposób znaczący umocnione (to na pewno). I człowiek z rozpędu rusza wyobraźnią dalej, i myśli, jak teraz się potoczą losy bohaterek, i w sumie chciałby jeszcze….

Wracając jeszcze do tematu sztuki. Sztuką jest napisać książkę tak, że czytelnik czuje się, jakby siedział na sofie nie w swoim salonie, z jesienią za oknem, tylko trochę, jakby za sprawą Oculusa, znalazł się w luksusowej rezydencji gdzieś na odludziu, i podąża za bohaterami od pomieszczenia do pomieszczenia, od kuchni do salonu, wchodzi w miejsce zbrodni, słyszy szczekający breloczek, wchodzi w specyficzny świat autystyka, jest TAM, widzi, słyszy i odczuwa. I trochę podgląda, trochę podsłuchuje, ale czuje się na swoim miejscu ciekawy tego, jak ta historia się skończy. Kto zabił, jakie demony skrywają się w tych kobietkach, tak silnych bo… muszą? Chcą? Są silne? I razem z nimi, w tej śnieżnej, zimowej rzeczywistości, zmierza do zakończenia tej historii. Mam jednak przedziwne wrażenie, że ona tak naprawdę dopiero się dla nich zacznie…

Pani Aniu – gratuluję znakomitej książki! A wszystkim z czystym sumieniem polecam.