Seria z Anną Rogozińską by Joanna Opiat – Bojarska

orca_share_media1493585698087W pewnym momencie trafia się na książki, które wsysają w swoje szpony i nie chcą odpuszczać. Trafia się na Autorów, którzy swoim talentem i wrażliwością budują nieprawdopodobne obrazy. Trafia się wreszcie na serie, których się nie czytało, przy niewiarygodnym zamiłowaniu do tegoż właśnie Autora. I dochodzi się do wniosku że ufff – wzięłam się za serię w momencie, kiedy Pisarka pisze „To koniec, Anno”. Bo założyłam radośnie, że to ostatnia książka z serii i w końcu nie będę, jak w przypadku serii z Aleksandrą Wilk, gryźć paznokci mniej lub bardziej plastikowych, w oczekiwaniu na kolejną książkę.

Pojęcia nie mam, dlaczego radośnie pominęłam te książki, a przynajmniej te dwie pierwsze. Może zmyliła mnie okładka? może zaćmienie w torbiel szyszynki rąbnęło i po prostu zapomniałam? Że są takie książki? Ale dobrze się stało.

Siadłam pewnego dnia i zaczęłam czytać. I, jak zwykle w przypadku Szanownej Pani Joanny (bo wkurza mnie to pisanie po nazwiskach o Autorach, nie ukrywam, jakieś takie to nie pasujące… :) ) było mi się zarwało kilka nocy. Zgryzło się kilka tipsów. Olało się małża. Wyganiało się dziecia szybciej spać. Czytało się w poczekalniach. Zasypiało się jednakowoż również i to nie dlatego, że zamulało, tylko praca w kość dawała, więc z rana samego, do kawy zielonej, Anna Rogozińska zasiadała ze mną. Zaiste.

Joanno kochana. To, co Ty robisz z polskim kryminałem, to, jak wspaniale piszesz, jak znakomicie potrafisz nie tylko zawiązać intrygę, ale w zasadzie… nie, to nie są zwykłe kryminały. Pojęcia nie mam, jak tam się w wielkim świecie pisarskim kwalifikuje książki do gatunków. Że noir, że jakiś tam inny kryminał, ale to to jest po prostu mistrzostwo. Zaczęłam czytać, tak wiesz, na lajcie, jak to u Ciebie, i pomimo tego, że wiedziałam, że za chwilę będzie akcja, to i tak nie byłam przygotowana. Bo Ty tak piszesz. To dosłownie jak jazda na rollercoasterze. Akcja powoli się rozpędza, wchodzimy pomalutku w historię, ale w sumie tak, jakbyśmy weszli w środek Anki dnia, i tak się rozkręca, aż w końcu wjeżdżamy na szczyt rozpędu i potem to już jest tylko jazda bez trzymanki. Akcja po akcji, intryga goni intrygę, Anka mnie momentami wkurza tak, że aż się kot płoszy od moich emocjonalnych reakcji w tym temacie…. a jednocześnie poruszasz tak niezwykle istotne tematy. I jednocześnie wiem, ile pracy kosztowało Cię przygotowanie się do napisania każdego kolejnego zdania. I to właśnie jest ten moment, kiedy wiem, że pomimo powiedzenia, że w każdym jest nienapisana książka, to ja jednak moją książkę zostawię w stanie płynnym w torbieli szyszynki. Bo masz niewiarygodny warsztat, bo czyta się to tak, że aż mam żal, że koniec, i pierwszy raz zdarzyło mi się zawiesić książkę na wirtualnym haczyku jakieś 100 stron do końca nie dlatego, że mnie znudziła, tylko dlatego, że żal mi było ją kończyć…

Moi rodzice emeryci już tupią nóżkami, żeby dostać całą serię w swoje ręce, obawiam się, że nie będę miała po co do nich dzwonić w najbliższym czasie ;)

Dziękuję Ci za Annę, a odliczam już dni do kolejnej „Gry” – a wszystkim zainteresowanym z całego serca polecam i ostrzegam, że jak teraz zaczniecie, to majówka w plecy ;)

„Niebezpieczna gra” by Joanna Opiat – Bojarska

Nie lubię określeń „królowa, król, książę” w odniesieniu do autorów. Nie lubię z dwóch powodów – z jednej strony wydaje mi się, że jest to mocna zasługa odpowiedniego marketingu, a z drugiej – w pewnym momencie zaczyna się to przekładać na swoiste ciśnienie, związane ze stawianymi przed takowym, obdarowanym tytułem, oczekiwaniami. I nagle poziom tego pisania zaczyna gwałtownie spadać.

A tymczasem gdzieś obok, nie tak mocno medialnie, za to genialnie, publikują coraz lepsze książki coraz ciekawsi Autorzy. I właśnie dlatego ograniczam się w czytaniu do polskiego pola, bo co rusz trafiam na Perłę. Na tą konkretną trafiłam już jakiś czas temu. Wtedy przekonał mnie nie tylko kunszt pisarski, ale i dopracowanie – zarówno treści, wątków, jak i samych postaci.

Ta Autorka pisze różnie. Nie tak dawno trafiłam na książkę poniekąd biograficzną, jeszcze chwilę wcześniej na niezwykle prawdziwą książkę o matkach. Ale cała moja przygoda zdecydowanie rozpoczęła się dość spory kawał czasu temu od kryminałów.
Przekonać mnie, żebym sięgała po kolejne książki konkretnego autora nie jest łatwo. Niezależnie od utytułowania rzeczonego. Musi mnie wciągnąć. Musi mnie zaintrygować. Musi spowodować zarywanie nocy i nieustanne myślenie o powrocie na strony. Czasami musi prowokować to chwilowego zaprzestania czytania, bo treść przytłacza i trzeba się z tym przespać. I tu w końcu dochodzimy do sedna.

Joanna Opiat – Bojarska, bo to oczywiście o niej mowa, jest Autorką wyjątkową. Jej książki wzbudzają we mnie mocno mieszane uczucia. Mówię tu o kryminałach, bo jeden z nich właśnie skończyłam czytać. Jej książki to nie tyko intryga kryminalna. To nie tylko gotowa baza pod znakomity film sensacyjny. To nie tylko wspaniały kunszt pisarski. To przede wszystkim niesamowite dopracowanie tematu, to możliwość wejścia w świat bohaterów ze świadomością, że Autorka przeprowadziła solidny research, że możemy być TAM. Jesteśmy na miejscu zbrodni, podążamy za Aleksandrą Wilk po śladach jej łódzkiej przeszłości i teraźniejszości, współodczuwamy z Urszulą jej fobię, zachwycamy się motylami, a co najważniejsze – z zapartym tchem śledzimy kolejne postępy śledztwa, spoglądamy na nie oczyma głównej bohaterki, zarywamy noc, nie możemy przestać myśleć…

Autorka z pełną świadomością wprowadza nas w ten świat w sposób profesjonalny, pełen pasji i znakomicie zrealizowanego zamysłu. Po raz kolejny jestem mocno zachwycona Jej książką, nie ukrywam, zakończenie daje dużą nadzieję na ciąg dalszy losów Aleksandry i jej dzieci, na które będę czekać z nieodmienną niecierpliwością. Jak zwykle już – nie streszczam książki, nie recenzuję jej. To, co mogę powiedzieć, to moje uczucia. Moje i mojego Ojca, który jest mocno krytycznie nastawiony do podrzucanych mu przeze mnie książek. Tym razem jednakowoż stwierdził, że tak dobrej książki już dawno nie czytał.
Joanno – to ja teraz, zapewne w imieniu wielu innych Czytelników, mocno upraszam o ciąg dalszy. I to szybko! I mam szczerą nadzieję, że zamiar, jaki towarzyszył napisaniu tej książki, czyli próba rozwikłania zagadki zbrodni sprzed lat, rzeczywiście przyniesie przełom.

A Wam z całego serca polecam.

„Do trzech razy śmierć” by Alek Rogoziński

Prowadzenie dyskusji z Autorem nie jest łatwe. A prowadzenie dyskusji z Autorem, którego książkę akurat się czyta, a żeby było śmieszniej – Autor akurat buja się po Polsce w trasie promocyjnej, a człowiek siedzi sobie na sofce pod kocykiem we własny domu w pewnym małym mieście, które… a to za chwilę – za dużo a i się trochę pogubiłam. No więc prowadzenie dyskusji z nieobecnym zakrawa nieco na konieczność zawezwania pogotowia psychiatrycznego. Jeśli takowe istnieje.  Ale jakby nie da się inaczej, jeśli tymże Autorem jest niejaki Alek Rogoziński.

Alek – jakoś mnie ta książka nie zaskoczyła. Mówię Ci to z całą szczerością. No bo jak mnie miała zaskoczyć? Kiedy wiedziałam, że to będzie kolejny strzał w dziesiątkę? ;) Bo nie zaskoczyło mnie kompletnie, że będę kradła te chwile, zanim padnę na pysk, żeby przeczytać choć trochę, że będę z zapartym tchem śledzić kolejne fazy rozwijającej się intrygi, że będzie mi tak żal, że już koniec… W Róży Krull oczywiście się zakochałam. Kobieta jest niesamowita. Jak sobie wyobraziłam ją biegnącą kurcgalopkiem w złotych szpilkach… choć nie ukrywam, kuchnia molekularna spowodowała niewielkie zawiasy w moim mózgu, który jakby nie przyjął do wiadomości, że może być coś takiego, jak lody musztardowe… Intrygę skonstruowałeś po mistrzowsku. Do końca nie wiadomo, kto zabił, a grono podejrzanych zaiste niewielkim było. I powiem Ci, że w ogóle przez cały czas miałam wrażenie, jakbym tam była, jakbym ich podsłuchiwała, czuła zapach mokradeł, gubiła się razem z Różą w zakamarkach tego dworku – no nie da się ukryć, że jesteś Mistrzem w oddawaniu klimatu!

Jako pyskowiczanka jestem Ci wdzięczna za wymienienie naszego miasteczka, no może kontekst nieszczęśliwy, ale jednak :D Teraz też w takim mieszkam, ale to naprawdę miasto jest… pomimo kur chodzących przy trasie przelotowej, co małżowi wypominam, kiedy się śmieje, że Pyskowice to wieś i Ci przyklasnął… bydzie haja, jak to sie u nos godo :D

Oczywiście książkę czyta się znakomicie. Wciąga mocno, a te dyskusje to wiesz, w kontekście „Aleś pojechał” raczej były. Choć tak przez moment zrobiło mi się smutno, myślę, że wiesz, o który moment chodzi… Ale pomimo panującej grozy, bo przecież tam zbrodnie były, chciałabym choć przez moment znaleźć się w tym barwnym towarzystwie pisarzy i blogerek, nawet niech będzie ta mątwa na obiad i ten łosoś w spraju… i pasztet czekoladowy też. Gratuluję Ci kolejnej fantastycznej książki, tom I rokuje radośnie przyszłe wizyty Róży w moim salonie, jak ona się weźmie za współpracę ze swoim PR-owcem, to będzie bonanza i drżyjcie narody. A wszystkim zainteresowanym z czystym sumieniem polecam!

„Pracownia dobrych myśli” by Magdalena Witkiewicz <3

Wiesz, jak to jest? Kiedy nagle wszystko staje się proste, bo odkrywasz, że przecież wszystko jest na swoim torze, tylko chwilowo pojawiła się jakaś drobna przeszkoda? Wiesz? I choć często wydaje mi się, że moje życie biegnie gdzieś obok, szukając właściwego toru potrafię przeoczyć malutkie sygnały z Wszechświata, że przecież ta ścieżka jest właściwa. I chociaż już coraz częściej jednak widzę ciąg przyczynowo – skutkowy, który mnie zaprowadził w to konkretne miejsce, jeszcze ciągle, tak mimochodem, podglądam, co dzieje się w rzeczywistości alternatywnej.

Bez sensu? Nie w temacie? A jajo. Bardzo w temacie. Bo to jest tak. Pojechałam kilka lat temu na targi książki w Krakowie. Przebiłam się przez miasto, jeszcze w starej hali to było, gorąco, ja pierwszy raz na targach, więc radośnie pojechałam z jedną torbą, zamiast od razu z walizką na kółkach, i tak od stoiska do stoiska szukałam Autorów, znanych dotychczas jedynie z twórczości. Się śmiej, to tak, jakby gwiazdę rocka spotkać. Jak rozmowa z Michaelem Buble na żywo. Face to face. Jeden Autor kiedyś mi w moim własnym, prywatnym samochodzie wpisywał dedykację dla Ojca mego do swojej książki, to jak mu powiedziałam, że o rany, teraz to ja tego auta nie sprzedam, a jak sprzedam, to z certyfikatem „Tu siedział… „, to myślałam, że pęknie ze śmiechu. A wtedy, w Krakowie, poznałam Magdę Witkiewicz. I to było jak strzał, taki wiesz, jasny rozbryzg. O, jak fajerwerk. Bo niewiarygodne rzadko mam możliwość spotkać Kogoś nie tylko obdarzonego talentem, ale i tak ciepłego, otwartego, i przemiłego. Kto pisze TAKIE książki.

Dobra, wiem, rozgadałam się, ale wiesz, jak ze mną jest, Hanka Bielicka na mnie w przedszkolu nie bez powodu mówili.

Moja mama przeczytała „Pracownię” pierwsza. I już dawno nie widziałam jej tak uśmiechniętej i wyluzowanej. A że ja ostatnio wlazłam w kryminały, wiesz, krew się leje strumieniami, trup się ściele gęsto, to ciężko było mi się przestawić na takie bardziej lajtowe czytanie. Bo Magdę generalnie to uwielbiam. Wszystkie jej książki. Tylko Ona czasami tak o mnie pisze, że aż strach czytać, bo mam wrażenie, że w głowie mi siedzi i podgląda moje życie. Ale z racji tego, że zaistniała wewnętrzna potrzeba przeczytania czegoś Jej, to tak właśnie weszłam do „Pracowni dobrych myśli”. A jak już weszłam, to mi tak żal było, że już mnie tam nie ma, jak się książka skończyła….

No się nagadałam, to teraz Ci o książce opowiem. To fantastyczna historia miejsca, ludzi oczywiście też, ale myślę, że to miejsce, czyli właśnie Pracownia, jest tym punktem centralnym. Punktem odczarowanym po sklepie z szambami,  wcześniej jeszcze z trumnami, odczarowanym magią piękna kwiaciarni i magii babci Pelagii, która doskonale wiedziała, że tylko pozytywna energia może temu miejscu przywrócić jego urok i magię. Punktem skupiającym wokół siebie mieszkańców pewnej kamienicy w pewnym Miasteczku, którzy odnajdują tu nie tylko siebie, ale i niesamowity krąg przyjaciół. I aż chciałoby się tam zamieszkać, pić Wiesławy nalewkę dla zdrowotności, a nade wszystko posiedzieć z nimi, z kwiatem wpiętym we włosy, w tym cudnym gronie, pośmiać się, popłakać, otworzyć… i iść na ten ślub ;)

Przeczytaj tę książkę. Niezależnie od tego, czy jest Ci teraz cudownie, czy jesteś na zakręcie. Bo niezależnie od tego, w jakim punkcie swojego życia się znajdujesz, ciepło Magdy spłynie na Ciebie i da Ci spokój wewnętrzny i uśmiech. A, ale pamiętaj, że to taka książka, przez którą się noce zarywa, bo nie da się jej tak po prostu odłożyć na później ;)

Księgarenka przy ulicy Wiśniowej

Masz swoje magiczne miejsce? Miejsce, w którym czujesz się bezpiecznie? Takie miejsce, że gdyby ktoś Ci powiedział: „A teraz wyobraź sobie, że przenosisz się tam, gdzie czujesz spokój… gdzie zapominasz o świecie i jesteś TY…”. Masz?…

To teraz wyobraź sobie małą księgarnię. Nie sieciówkę, w której sprzedający nie wiedzą, co mają na półkach. Tylko takie miejsce, gdzie nie tylko mile Cię widzą, ale wiedzą, czego potrzebujesz. Intuicyjnie i nienachalnie.

Niezależnie od tego, czy jesteś zrzędliwym dyrektorem teatru, sierotą wychowywaną przez prababcię, kompletnie niedocenioną byłą żoną po przejściach, jakie tylko byłe żony mogą mieć za sobą, sędzią, osądzonym, dziewczyną gangstera…. niezależnie od tego tu masz punkt odniesienia. Wiesz, że ilekroć tu zajrzysz, dostaniesz dokładnie to, co teraz jest Ci potrzebne. 

Każda historia z tej książki jest poruszająca. Każda z nich powoduje uśmiech, niektóre wręcz rechot, który na publicznym basenie skutkuje zadziwionymi spojrzeniami okolicznych współpływaków (Alek Rogoziński – to do Ciebie), każda każe się na chwilę zatrzymać i zastanowić, niektóre powodują nadprodukcję w kanalikach łzowych (Magda Witkiewicz – to tym razem do Ciebie), a każda przede wszystkim powoduje, że święta stają się jeszcze bardzie magiczne.

I jedno wiem na pewno – wrócę tu. Wrócę do „Księgarenki”, niejeden raz.

„Kto wyłączy mój mózg?” by Joanna Opiat – Bojarska

352x500.jpg (127×204)

Dawno, dawno temu…

Nie. Inaczej muszę zacząć. Nie muszę – chcę. Biblioteka w pewnym malowniczym, małym miasteczku na Śląsku jest niewiarygodnie dobrze zaopatrzona. W związku z powyższym ojciec mój został wyposażony w kartkę z listą nazwisk Autorów, których książki kupuję / wypożyczam w ciemno. I tu mi zaimponowali po tysiąckroć bardziej, niż się spodziewałam. Iż albowiem mogłam przeczytać nie tylko „Klub wrednych matek”, ale i właśnie ” Kto wyłączy mój mózg?” Joanny Opiat – Bojarskiej. Pozycje, które mnie o tyle zaskoczyły, że wcześniej znałam Ją tylko z kryminałów, oczywiście znakomicie napisanych. O „Klubie” pewnie też coś napiszę, ale póki co…

Czyta ktoś te moje wypociny? A zresztą – nieważne. Joanno – chwalę Twój mózg. Byłam tam. Miałam GBS. Pewnej pięknej niedzieli, pamiętam jak dziś, a minęło 22 lata. Przygotowywałam się pół dnia na wojewódzką olimpiadę z języka rosyjskiego. Miałam straszną grypę, ale przecież nie mogłam odpuścić. Wypełzłam ze swojej jaskini tylko na obiad. I tak na chwilę wstałam, żeby radio włączyć w sąsiednim pokoju. I nagle piec był na suficie, a ja bezwładnie usiadłam na taborecie. I już nie umiałam ruszyć niczym innym poza głową. Panika mamy, panika taty. Pogotowie, gdzie dowiedziałam się najpierw, że symuluję, ale potem zrobił się problem z pobraniem krwi. I informacja w szpitalu, że na karetkę, która mnie zawiezie na neurologię do Gliwic, trzeba czekać około godziny. Płacz mamy, udawany spokój taty. I moje opanowanie. Choć wtedy to był szok… nagle z nadaktywnej siedemnastolatki warzywo… Rodzice sami mnie zawieźli do szpitala. Mróz, zawieje, ślizgawica. Ładą mnie wieźli… Pierwsza w życiu punkcja, rozbawiło mnie bulgotanie w kręgosłupie… i potem te tygodnie, miesiące dochodzenia do uprzedniej sprawności… i niewielka pamiątka na szczęście tylko…

Ta książka to zapis nie tylko zmagania się z chorobą. To zapis zmagania się z własnymi słabościami, z dojściem do granicy, po której tylko „chciałabym umrzeć” albo „walczę, bo chcę”. To znakomita lektura przede wszystkim. Dla mnie – taki mały prztyczek w nos od Losu, żebym doceniła, że miałam wersję light…  dla Czytelnika – naprawdę, móc usiąść, móc zrobić jeden krok to skarb. Nie zwracamy uwagi na drobiazgi, na codzienną rutynę, dopóki jej nam nie zabraknie…

Książka znakomita. I wiem, że przeczyta ją i moja mama, i pewnie mój ojciec. I szczerze mówiąc – mam nadzieję, że jak najwięcej jeszcze i innych ludzi. Żeby wiedzieli. Jedni – że życiem można tylko się cieszyć, inni  że jest nadzieja, dopóki jest motywacja. A motywacja jest, póki jest życie. Póki świeci słońce, póki śnieg trzeszczy pod stopami, póki na twarzy czuję wiatr.

Polecam!

„Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” by Anna Fryczkowska

Akt 1. Scena 1.

Niewielki salon w niewielkim domku. Za oknem ciemno, to już jesień. Miękka i wygodna sofa, oświetlona stojącą lampą z nietypowym abażurem. Koło sofy stolik, na którym stoi gorąca herbata. Na sofie…

… na sofie siedzi średnio młoda kobieta z zacnym  postanowieniem, że tylko zacznie czytać. Tak na chwilę, bo jutro musi wcześnie wstać. W sumie w ogóle miała chwilę poczekać z tą książką, sama nie wie, dlaczego. Ale, że lubi Autorkę, to pomyślała, że będzie jednym wielkim chodzącym wyrzutem sumienia i jedną wielką niezaspokojoną ciekawością, jeśli choć nie zacznie. Zakłada więc okulary, mości się wygodnie, przykrywa kocykiem i…. znika. Herbata stygnie, zapada zmrok… a pod oczami migają kolejne literki. Literki w książce tak znakomicie napisanej, że kobieta ma dwa wrażenia dominujące:

wrażenie pierwsze: ta noc zdecydowanie będzie zarwana;

wrażenie drugie: kobieta nagle znajduje się w środku niezwykłego spektaklu. I stąd własnie taki nietypowy wstęp.

Książka napisana jest jak gotowy pomysł na sztukę teatralną. To pierwsze primo. Sposób, w jaki przedstawiony są te babeczki, każda osobowość po kolei, każda historia, która je kształtowała i kształtuje, tak znakomicie wplecione w fabułę, to jeden wielki majstersztyk. I tak po trochu coraz więcej tych kobietek i ich przeróżnych życiowych doświadczeń, i tak w tym wszystkim zachowanie płynności… to drugie primo. W sensie, że jak się zacznie czytać, to się nie da tak po prostu w połowie przerwać. To się czyta do tego magicznego momentu, kiedy oczy nie chcą współpracować i się po prostu zamykają. Ale rano, do śniadania, no po prostu trzeba sięgnąć.

I potem jest ten straszny moment. Koniec. Kiedy nagle już historia w sposób przewrotny zostaje zamknięta (czy aby na pewno?), kiedy winny został odkryty (czy tak?…), a więzi i solidarność babska zostały w sposób znaczący umocnione (to na pewno). I człowiek z rozpędu rusza wyobraźnią dalej, i myśli, jak teraz się potoczą losy bohaterek, i w sumie chciałby jeszcze….

Wracając jeszcze do tematu sztuki. Sztuką jest napisać książkę tak, że czytelnik czuje się, jakby siedział na sofie nie w swoim salonie, z jesienią za oknem, tylko trochę, jakby za sprawą Oculusa, znalazł się w luksusowej rezydencji gdzieś na odludziu, i podąża za bohaterami od pomieszczenia do pomieszczenia, od kuchni do salonu, wchodzi w miejsce zbrodni, słyszy szczekający breloczek, wchodzi w specyficzny świat autystyka, jest TAM, widzi, słyszy i odczuwa. I trochę podgląda, trochę podsłuchuje, ale czuje się na swoim miejscu ciekawy tego, jak ta historia się skończy. Kto zabił, jakie demony skrywają się w tych kobietkach, tak silnych bo… muszą? Chcą? Są silne? I razem z nimi, w tej śnieżnej, zimowej rzeczywistości, zmierza do zakończenia tej historii. Mam jednak przedziwne wrażenie, że ona tak naprawdę dopiero się dla nich zacznie…

Pani Aniu – gratuluję znakomitej książki! A wszystkim z czystym sumieniem polecam.

„Ta którą znam” by Małgorzata Warda

Szanowna Pani Małgorzato!

W pierwszych słowach mego listu pragnę serdecznie podziękować, że po raz kolejny nie zawiodłam się na Pani twórczości. Że po raz kolejny mogłam sięgnąć po Pani książkę w ciemno. Acz, nie powiem, z pewną obawą..

Pani książki już wielokrotnie poruszały jakże trudne tematy. Każdorazowo, każda z nich, każda jak jedna, kazała na chwilę się zatrzymać w pędzącym nie wiadomo po co świecie, by na chwilę się zastanowić, jak wiele dzieje się koło nas i jak wiele z tego jest dla nas niewidoczne. Bo nie chcemy widzieć? Nie chcemy słyszeć? Nie chcemy wiedzieć?

Zamiatamy pod dywan. Zamiatamy małe i wielkie nieszczęścia – bo przecież życie toczy się dalej, bo nie możemy się zatrzymać. Bo musimy ogarnąć sytuację w domu po śmierci bliskiej osoby. Bo jesteśmy starszą siostrą, która poczuwa się do odpowiedzialności za siostrę młodszą i ojca, który co prawda pije, ale przecież to jeszcze nie alkoholizm. I nagle, pewnego dnia, bańka pęka. Nagle ktoś ginie. Życie już prawie poukładane na nowo, rozsypuje się jak domek z kart. Nowa sytuacja otwiera stare rany. Budzi stare demony. Szuka odpowiedzi na dawno temu zadane pytania, na które do tej pory nie wybrzmiała odpowiedź.

Pani Małgorzato. Po raz kolejny zatem piszę, ale tym razem nie o samej książce, tylko do Pani – nie wiem, jak Pani to robi. To kunszt jedyny w swoim rodzaju. To sztuka pisać tak, że w środku nocy człowiek powtarza sobie „Jeszcze tylko jedna strona…”. Sztuką jest pisać książki, które są za krótkie. Bo nagle się kończą. Zostają niedopowiedzenia, które powodują, że nadal, mówiąc „młodzieżą”, rozkminiam. Bardzo Pani dziękuję za tę książkę. Dziękuję, że poruszyła Pani kolejny tak trudny temat w tak intrygujący sposób.

Życzę Pani, by jak najwięcej osób sięgnęło po tę pozycję. A sobie po cichu życzę, że już wkrótce wejdę do księgarni i zobaczę Pani nazwisko na kolejnej okładce.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Anka

P.s. A jak ktoś chce poczytać recenzję, to nie tutaj. Tutaj jedyne, co mogę zrobić, to polecić z całego serca. Bo książka warta jest każdej spędzonej z nią minuty.

„Aorta” by Bartosz Szczygielski

Nowe książki, a właściwie nowi autorzy pojawiają się w moim czytelniczym życiu niezwykle rzadko. Lubię, przyzwyczajona do formy i sposobu przelewania słów na papier, do postaci, do melodyki narracji, sięgać po nazwiska, które już znam. I sięgam w ciemno, bo jeszcze nie zdarzyło mi się, by się przejechać. By się zawieść czy to treścią, czy formą właśnie. Zdarza mi się natomiast intuicyjnie wręcz sięgnąć po coś, co przyciąga… sama nie wiem, czym. Czy to rekomendacja Katarzyny Bondy, czy po prostu szósty zmysł, czy nagłe tknięcie wewnętrznej struny, potrzeby pójścia w innym kierunku, w nową stronę, w nowe nazwisko… nie wiem. Ale sięgnęłam. I…

 

Książka jest specyficzna. Fabuła zamknięta w przestrzeni Pruszkowa zdaje się wprowadzać czytelnika w bańkę, nasączoną gęstym powietrzem, mrocznym i nie dającym nawet na chwilę swobodnie odetchnąć. A jednocześnie nie pozwala oddalić się zbyt daleko. Zaprząta myśli, związuje z bohaterami, sczepia obrazem, który jest na tyle sugestywny, że zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Nie da się powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły. Zresztą nie o to tu chodzi. Chodzi o rozwiązanie zagadki, która niczym pajęcza sieć zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wprowadzając nas w świat mafii, narkotyków, prostytucji, zemsty, ukrytych przez lata urazów, które znajdują swój tragiczny finał… no własnie. Sprawa zbrodni, którą przyjdzie rozwiązywać Gabrielowi Bysiowi, zaprowadzi go do miejsca, z którego już nie będzie odwrotu.

 

Książka nie jest łatwa. Nie czyta się jej tak o, płynnie, jakby oglądało się serial w telewizji. Trzeba się zatrzymywać i myśleć. I na koniec powiedzieć „No ej..”. Panie Bartoszu – szacunek. Niniejszym dołącza Pan oficjalnie do panteonu moich ulubionych Autorów kryminałów i z niecierpliwością czekam na kolejne książki Pana klawiatury. A Państwu z czystym sumieniem polecam.

„Jak Cię zabić, kochanie?” by Alek Rogoziński

To jest tak. Raz człowiek sięga po książkę i bam! Trafia dokładnie na to, czego mu akurat było potrzeba. W ciemno sięga człowiek o kolejną książkę tego samego autora i….. się nie zawodzi.

I potem nadchodzi TEN dzień. Człowiek mobilizuje wszystkie wewnętrzne siły psychiczne i udaje się do centrum handlowego. Czego człowiek szczerze nie cierpi. Ale jak już się wybiera, to z zamiarem. Moim zamiarem tego dnia był zakup obuwia typu sandały. Na obcasie. Ale tak się poskładało, że po drodze do buciarni postawili księgarnię. A ja należę do tego dziwnego gatunku, że księgarni ominąć nie potrafię, co nie tyczy się ciucholandów, czyli mniej lub bardziej markowych sklepów w centrach. I tak wchodzę do tej księgarni, tak że niby mimochodem, bo małż na widok kolejnej książki wzdycha tylko ciężko, a tu co ja patrzę??? W nowościach pachnący, świeżutki kryminał jednego z moich najulubieńszych Autorów. I znów biorę w ciemno.

Już kinie świerzbią mnie rączki i oczęta, już chcę odpalać latarkę, ale nie… jestem dzielna. W domu ogarniam co się da, by nic mnie nie rozpraszało, biorę oddech i…. wsiąkam. Definitywnie. Kot nabywa się solidnej traumy, kiedy mu co chwilę nad uchem wybucham atakami niepohamowanego śmiechu. Bo książka ta jest genialna.

A z racji tego, że nic nie dzieje się przypadkiem – butów nie kupiłam. Jakby Los wiedział, że nagle będę miała znacznie więcej niż zwykle czasu i jakiś moment dłuższy bez obcasów, więc z racji tego książkę machnęłam w kilka godzin.

Gdyby ktoś z tego zrobił film, to byłby ten film genialny. Inaczej – gdyby ktoś odważył się z tego zrobić film. Historia jest tak niewiarygodna, są tak poplątane wątki, że o rany. Jednocześnie fabuła jest niezwykle spójna. Od samego początku dochodzi do kuriozalnych sytuacji, co się uśmiałam, to moje, a ostatnio tak się uśmiałam, czytając kryminały ś.p. Joanny Chmielewskiej. I dokładnie taki kryminał był mi w tej chwili potrzebny. Generalnie tak – trup niedorobiony ściele się gęsto, przypadki powodują wypadki, a całość zmierza do takiego zakończenia, że o ho ho.

Szczerze i z całego serca polecam i niecierpliwie czekam na kolejne!!!!