„Maski zła” by Iwona Banach

Wyobraź sobie małe, senne miasteczko. Takie jak to jedno z wielu, przez które tylko przejeżdżasz, zmierzając w dowolnym kierunku w Polsce. Miasteczko z rynkiem, ukwieconym skwerkami, z latarniami nadającymi wieczorem niezwykłego klimatu, z małymi domkami, tłoczącymi się wzdłuż uliczek…

Miasteczko, na którego obrzeżach znajduje się park, albo las, nie wiadomo w sumie, ale w całej tej zieleni skrywa się duży, opustoszały budynek. Widzisz to? Czujesz tajemnicę, która już zaczyna kiełkować w Twojej wyobraźni? A może to nie tylko Twoja wyobraźnia, tylko rzeczywiste przeczucie? Że w tym budynku wydarzyło się niewyobrażalne zło, że ktoś cierpiał niewymownie, że to nie taki zwykły budynek?… zainteresowało Cię to?…Miasteczko, jakich wiele… i pewnie jak w wielu jemu podobnych – pełne tajemnic i milczenia…. i masek, skrywających to, czego nikt postronny widzieć nie powinien…

To teraz z innej strony. Wyobraź sobie Autorkę, której książki czytasz narażając się na co najmniej zdziwienie obserwujących Cię w poczekalni u lekarza ludzi. Bo dusisz się ze śmiechu. Bo miś zakopiański… a zresztą, trzeba przeczytać „Lokatora do wynajęcia”. A potem trafiasz na „Pocałunek Fauna” i totalne zaskoczenie…

Że „Maski zła” będą zaskakujące – domyśliłam się, czytając o tej książce informację w internecie. Jednakowoż najbardziej zaskakujące było to, że zdarzyła się książka, która mnie naprawdę zatchnęła. Musiałam robić przerwy. Żeby ochłonąć. Niby znam realia placówek opiekuńczych z autopsji. Niby coś tam gdzieś tam czytałam. Ale realizm przedstawionych tu sytuacji powodowała, że musiałam odkładać tę książkę na bok. Tym bardziej, że niejako dwoistość sytuacyjna – czyli sprawa morderstw i instytutu, a z drugiej rozmowy dzieci – powodowała mnogość domysłów i zmuszała do zastanowienia się, o co tu, kurde, chodzi.

Jak zwykle natomiast – znakomita narracja, świetnie skonstruowana fabuła, zakończenie po prostu MISTRZOWSKIE, szacunek, naprawdę, w życiu bym nie pomyślała…

Książkę mogę tylko polecić. Innej opcji nie widzę. A Pani Iwonie serdecznie dziękuję!

„Lokator do wynajęcia” by Iwona Banach

 

Z ogromną niecierpliwością czekałam na premierę tej książki. Po „Szczęśliwym pechu” zastanawiałam się, czy można jeszcze bardziej zamotać fabułę, dodać jeszcze ciekawsze postaci i zbudować opowieść, od której nie będzie się miało siły oderwać. Okazało się, że Iwona Banach ma niezwykły dar. Gdybym miała pisać górnolotnie, napisałabym, że czaruje słowem, stosuje magię , która nie pozwala oderwać się od stronic… ale nie. To się tak nie da. Po przeczytaniu tej książki mam następujące refleksje:

a) zdecydowanie na „Lokatora” należy zarezerwować sobie dwa dni. Licząc z przerwami na czynności prozaiczne, jak na przykład przygotowanie jedzenia. I jego spożycie. Oczywiście te dwa dni w totalnym odosobnieniu, z wyłączonym telefonem, najlepiej w namiocie. Byle nie w Zawilcu w okolicy Zakopanego, bo gorejące krzewy, trup ścielący się gęsto i znikający, bo jednak nie trup, dom rzucający nożami i dwie zwariowane starsze panie plus zdrowo pokręceni inni rdzenni mieszkańcy to może nie najlepsze towarzystwo do czytania, zwłaszcza w namiocie i zwłaszcza po nocy,

b) kolejny urlop postaram się spędzić w Zakopanem, choć po przeczytaniu tej zwariowanej historii jako ceperka miałabym niejakie lęki, bo wychodzi na to, że góralski temperament jest nie do ogarnięcia i trzeba mieć dużą odporność oraz oczy dookoła głowy,

c) nie lubię porównywać Autorów do innych Autorów, ale powiem tak – książki mam podzielone na pewne półki. Przynajmniej umownie. Ta zdecydowanie plasuje się powyżej ś.p. Joanny Chmielewskiej. Kryminał pierwsza klasa, lekko przechodzimy do kolejnych wątków, co się uśmiałam, to moje. Bohaterowie rozbrajający, Noldi przypalający wodę, no przesadzam, ale jajecznica na patelni z piekarnika była boska. Ekipa usiłująca rozwikłać na własną rękę zagadki, nagle nikt nie jest tym, kim by się wydawało, no i nieograniczona wyobraźnia ciotek.. Choć w pewnym momencie żal mi było podkomisarza z Krakowa…

Summa summarum: książkę polecam. I tym, którzy tutaj zabłądzą, i tym, którzy jeszcze nie wiedzą, ale w najbliższym czasie, kiedy zapytają, czy mam coś fajnego do czytania, zostaną uraczeni „Lokatorem”. I jak książkowe ciotki najadły się bliżej nieokreślonych grzybków, tak ta książka powoduje wyłączenie z życia. Bo wciąga. Żałowałam, że nie mam urlopu, a czas na kolejne fragmenty musiałam kraść. Jednakowoż, Pani Iwono, jeśli planuje Pani już kolejną tak zmontowaną ekipę, jak Miśka, Noldi, Bella, Nina, Józek i Andrzej, z tak zakręconymi zwierzakami, a może być nawet bez tego wszystkiego, byle w tym stylu – to ja się już nie mogę doczekać :)