„Dziecięce koszmary” by Lisa Gardner

Gdy rozum śpi, budzą się demony… teoretycznie to pierwsze, co przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej książki. Teoretycznie, bo raczej powinnam napisać, gdy dusza śpi… To jedna z tych książek, których nie umiałam przeczytać jednym ciągiem. Zachęciła mnie do niej Koleżanka, nota bene dziewczyna, która tę książkę przetłumaczyła. Wiedziała, że jestem miłośniczką książek polskich, a do zagranicznych, zwłaszcza anglojęzycznych, zraziłam się właśnie przez fatalne tłumaczenia. W sumie od końca zaczynam, ale… to tłumaczenie jest tak znakomite, że nie sposób o tym nie wspomnieć.

Książka do łatwych w odbiorze nie należy. Porusza niezwykle trudny temat dzieci, które dla siebie i innych stanowią zagrożenie. Ich demony mają różne pochodzenie – niektóre są skutkiem defektów genetycznych, inne zaburzeń psychicznych, a jeszcze inne – tych, które dla mnie, z racji niegdyś wykonywanego zawodu, są najtrudniejsze – wychodzą z otchłani ich historii życia. Historii jeszcze krótkiej, ale już tak przerażającej, że naprawdę ciężko jest o tym czytać. Ciężko czytać o dziecku, zamykanym w starej lodówce przez rodzinę zastępczą. Ciężko czytać o dziecku, które kilka miesięcy siedziało w zamknięciu ze zwłokami własnej matki. A z drugiej strony – mamy historię rodziców tych dzieci. Przynajmniej niektórych. Tych, którzy musieli nauczyć się żyć z dzieckiem niezwykle agresywnym, tych, których to przerosło i tych, którzy postanowili dać takiemu trudnemu, obcemu dziecku szansę. To także historia desperacji w sięganiu po wszelkie możliwe środki, by temu właśnie dziecku pomóc.

Znakomicie opisane wątki, które przez większą część łączy cienka tylko nić, by później związać się w ciasną linę. Fantastycznie scharakteryzowane postaci, doskonale zbudowana fabuła i elektryzujący finał. Świetnie oddany dramat rodziców dzieci z poważnymi zaburzeniami. To wszystko składa się na naprawdę dobrą książkę. Uprzedzam tylko o dwóch rzeczach:

a) to się może przyśnić,

b) to się naprawdę dobrze czyta, pod warunkiem, że ma się mocne nerwy.

A poza tym, oczywiście, polecam.

„Krucyfiks” by Chris Carter

Bardzo rzadko sięgam po niepolskie książki. Nie z tytułu patriotyzmu, raczej z ogromu fantastycznych rodzimych Autorów, za którymi z czytaniem nie nadążam… Tym razem, dzięki uprzejmości Koleżanki, wpadła mi w ręce książka znakomitego, jak się okazało, pisarza. Jedyne, co mnie martwi, to że jest to tom pierwszy serii, a to dla mnie równa się zafiksowaniu na najbliższy czas…

Jest to niesamowicie wciągająca i znakomicie napisana historia seryjnego mordercy. Pojawia się jak duch sprzed lat, jak wyrzut sumienia prowadzącego dochodzenie Roberta Huntera, dla którego sprawa staje się w pewnym momencie bardzo osobista. Dla niego zresztą to powrót do wątpliwości, które ogarnęły go, kiedy wydawało się, że wtedy, dawno temu, sprawa została zamknięta. Że złapano kryminalistę, który z wyjątkowym okrucieństwem mordował swoje ofiary, tatuując im na szyi znak podwójnego krucyfiksu. Teraz jednak już jest pewien, że wtedy aresztowano niewłaściwego człowieka, a prawdziwy morderca zaczyna z nim toczyć niebezpieczną grę, w której wielokrotnie to od Huntera zależy, czy ofiara zginie, czy nie.

Znakomita narracja, fantastycznie zagmatwany wątek kryminalny, bez zbędnych odniesień i abstrahowania od głównego tematu, świetnie skonstruowane postaci, a zakończenie jest kompletnie zaskakujące.

Nie pozostaje mi nic innego, jak z czystym sumieniem polecić tę książkę. Na jakieś dwa zimowe wieczory ;)