„Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” by Anna Fryczkowska

Akt 1. Scena 1.

Niewielki salon w niewielkim domku. Za oknem ciemno, to już jesień. Miękka i wygodna sofa, oświetlona stojącą lampą z nietypowym abażurem. Koło sofy stolik, na którym stoi gorąca herbata. Na sofie…

… na sofie siedzi średnio młoda kobieta z zacnym  postanowieniem, że tylko zacznie czytać. Tak na chwilę, bo jutro musi wcześnie wstać. W sumie w ogóle miała chwilę poczekać z tą książką, sama nie wie, dlaczego. Ale, że lubi Autorkę, to pomyślała, że będzie jednym wielkim chodzącym wyrzutem sumienia i jedną wielką niezaspokojoną ciekawością, jeśli choć nie zacznie. Zakłada więc okulary, mości się wygodnie, przykrywa kocykiem i…. znika. Herbata stygnie, zapada zmrok… a pod oczami migają kolejne literki. Literki w książce tak znakomicie napisanej, że kobieta ma dwa wrażenia dominujące:

wrażenie pierwsze: ta noc zdecydowanie będzie zarwana;

wrażenie drugie: kobieta nagle znajduje się w środku niezwykłego spektaklu. I stąd własnie taki nietypowy wstęp.

Książka napisana jest jak gotowy pomysł na sztukę teatralną. To pierwsze primo. Sposób, w jaki przedstawiony są te babeczki, każda osobowość po kolei, każda historia, która je kształtowała i kształtuje, tak znakomicie wplecione w fabułę, to jeden wielki majstersztyk. I tak po trochu coraz więcej tych kobietek i ich przeróżnych życiowych doświadczeń, i tak w tym wszystkim zachowanie płynności… to drugie primo. W sensie, że jak się zacznie czytać, to się nie da tak po prostu w połowie przerwać. To się czyta do tego magicznego momentu, kiedy oczy nie chcą współpracować i się po prostu zamykają. Ale rano, do śniadania, no po prostu trzeba sięgnąć.

I potem jest ten straszny moment. Koniec. Kiedy nagle już historia w sposób przewrotny zostaje zamknięta (czy aby na pewno?), kiedy winny został odkryty (czy tak?…), a więzi i solidarność babska zostały w sposób znaczący umocnione (to na pewno). I człowiek z rozpędu rusza wyobraźnią dalej, i myśli, jak teraz się potoczą losy bohaterek, i w sumie chciałby jeszcze….

Wracając jeszcze do tematu sztuki. Sztuką jest napisać książkę tak, że czytelnik czuje się, jakby siedział na sofie nie w swoim salonie, z jesienią za oknem, tylko trochę, jakby za sprawą Oculusa, znalazł się w luksusowej rezydencji gdzieś na odludziu, i podąża za bohaterami od pomieszczenia do pomieszczenia, od kuchni do salonu, wchodzi w miejsce zbrodni, słyszy szczekający breloczek, wchodzi w specyficzny świat autystyka, jest TAM, widzi, słyszy i odczuwa. I trochę podgląda, trochę podsłuchuje, ale czuje się na swoim miejscu ciekawy tego, jak ta historia się skończy. Kto zabił, jakie demony skrywają się w tych kobietkach, tak silnych bo… muszą? Chcą? Są silne? I razem z nimi, w tej śnieżnej, zimowej rzeczywistości, zmierza do zakończenia tej historii. Mam jednak przedziwne wrażenie, że ona tak naprawdę dopiero się dla nich zacznie…

Pani Aniu – gratuluję znakomitej książki! A wszystkim z czystym sumieniem polecam.