„Zombie” by Wojciech Chmielarz

Z pamięcią bywa bardzo różnie. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy obdarzeni zostali tą ejdetyczną i pamiętają, co robili 22 października 2007 roku na przykład. Co powinnam pamiętać i ja, ale bez spojrzenia na obrączkę to nie ma bata, żeby przyszło samo z siebie. A co robiłam na przykład w ósmej klasie podstawówki pod koniec czerwca? Mając lat piętnaście? Jak przez mgłę.

Kiedy zabrałam się za „Zombie” Wojciecha Chmielarza, musiałam sobie przynajmniej po łebkach przypomnieć, o co chodziło w „Wampirze”. Moja pamięć niestety zaburzona jest przez pewną przypadłość, nieco utrudniającą mi życie, ale kiedy czytałam „Zombiego”… wróciło samo. Już sam fakt, że akcja toczy się w Gliwicach, że rozpoznawałam opisywane miejsca, że mniej więcej byłam w stanie zlokalizować miejsce zamieszkania Dawida i Karoliny (Wojciech, wiem, że nie Manhattan, pomyliły mi się bloki, a chodziło mi właśnie o to osiedle, o którym mi pisałeś ;) ), że w sumie w tych miejscach bywałam – to wciągnęło mnie jeszcze bardziej, bo nie musiałam sobie wyobrażać, czy wizualizować miejsc, po których poruszają się bohaterowie. A bohaterowie są… o rany boskie… Wiesz, już dawno nie zdarzyło mi się spotkać w książce głównego bohatera tak wkurzającego do granic niemożliwości. Dawid wyprowadzał mnie z równowagi swoim egoizmem, brakiem jakiegoś życiowego ogarnięcia, momentami miałam wrażenie, że z niego taki detektyw, jak, za przeproszeniem, z koziej rzyci rajzentasza. Sposób, w jaki traktował Martę, jego przejmowanie się tylko własnym kawałkiem tylnej części ciała, to wszystko doprowadzało do szału, ale znakomicie wpasowało się w fabułę.

Adam zaskoczył mnie mocno. Cała historia, która zaczęła się, kiedy miał piętnaście lat, a której smutny finał miał miejsce dwadzieścia lat później, krzywda, którą wyrządzał, którą wyrządził, i która w konsekwencji pociągnęła za sobą śmiertelne żniwo – porażająca w swojej sile i tym, jak bardzo wpłynęła na losy poszukiwanego przez niego mordercy. I pokazuje, jak bardzo jednak pamięć potrafi być omylna…

Książka wciąga jak najmroczniejszy wir. Bardzo trudno jest się od niej oderwać, czyta się ją z jednej strony ciągiem i płynnie, wraca się do niej myślami, kiedy jednak trzeba oddać się pracy zarobkowej, a potem wciąga jak czarna maź, by wreszcie na końcu wprowadzić czytelnika w stan totalnego osłupienia. Szanowny Panie Autorze – znakomita! Fantastycznie skonstruowana fabuła, zakończenie mistrzowskie, mam wrażenie, że ta książka podoba mi się najbardziej ze wszystkich dotychczas przeczytanych. A podobały mi się wszystkie. I na pewno będę ją polecać!

„Przejęcie” by Wojciech Chmielarz

Kolejna część przygód komisarza Jakuba Mortki. Nie, źle. Nie przygód. Komisarz Jakub Mortka po raz kolejny staje przed trudnym śledztwem. Historia, która zaczyna się lata temu w odległej Kolumbii zaczyna zbierać żniwo w Warszawie. Po raz kolejny Wojciech Chmielarz daje się poznać jako rewelacyjny autor, znakomicie budujący nie tylko postać głównego bohatera, ale i klimat książki tak, że staje się niewiarygodnie wciągającym kryminałem, z tak rozbudowaną fabułą, że czytelnik momentami zastanawia się, jak to możliwe, że to jednak książka, a nie film. Nota bene seria filmów z komisarzem Mortką w roli głównej przyciągnęłaby więcej widzów, niż niejeden pseudosensacyjny film amerykańskiej produkcji. Akcja jest niesamowicie wartka, płynna, spójna, nagłe zwroty nie pozwalają oderwać się od stron, grożąc zarwaną nocą, wszystkie postaci dramatu są świetnie skonstruowane i tak naprawdę nic do końca nie jest w pełni pewne. Znając już dwie poprzednie książki tego autora przypuszczałam, że końcówka będzie mocno zaskakująca. I rzeczywiście tak było. Gratuluję Panu Wojciechowi Chmielarzowi najwyższego poziomu i z niecierpliwością czekam na kolejną książkę.

 

„Farma lalek” by Wojciech Chmielarz

Polski kryminał ma się nieźle. A jeszcze lepiej mają czytelnicy, którzy zupełnym przypadkiem sięgają po książkę, po czym tak ich ta książka pochłania, że najchętniej wzięliby urlop, żeby doczytać.

Z zasady nie czytam opinii innych czytelników. Odbiór książki jest sprawą niezwykle subiektywną, natomiast w momencie zapoznania się z czyimś punktem widzenia nieświadomie czytam, a właściwie kiedyś czytałam, przez pryzmat czyjegoś postrzegania. Biorę książkę do ręki i jeśli pierwsza strona mnie zainteresuje, jest szansa, że to będzie strzał w dziesiątkę. Jeśli natomiast biorę do ręki książkę i nagle uświadamiam sobie, że przeczytałam już 10 i zaczynają mnie boleć nogi od stania przy półce w księgarni – to jest hit. I tak właśnie było z „Farmą lalek”. Wciągnęło mnie o pierwszej strony. Co prawda nagle przyszło swoiste zniechęcenie, po pierwszych kilkudziesięciu stronach, bo jak to, już? Sprawca namierzony? Do wszystkiego się przyznał? No nie… ale ciekawość wzięła górę. Bo przecież przy takim stylu, przy tak ciekawie zbudowanej postaci głównego bohatera, to nie może być koniec. I tu się zaczęło. Intryga zaczęła się gmatwać, doszły nowe wątki, ale tak zaskakujące, że trudno było oderwać się od książki. Człowiek zaczyna się gubić w domysłach, kto jest sprawcą, a kto ofiarą, kolejne postaci i kolejne sytuacje budują napięcie tak, że coś nieprawdopodobnego. I kiedy się wydaje, że wszystko jasne, że sprawa zamknięta, nagle bum! – akcja skręca nagle i znienacka w zupełnie innym kierunku. I tak do ostatniej strony.

Kryminał najwyższej klasy, fantastycznie napisany, ze wspaniale zbudowaną fabułą, akcja wartka, postaci fascynujące, z przyjemnością sięgnę po inne książki z tej serii, a Autorowi gratuluję talentu! Bo napisać kryminał na światową miarę nie jest łatwo. I tym, sposobem po raz kolejny przekonuję się, że w Polsce mamy naprawdę świetnych Pisarzy. I tylko czekać na kolejną książkę pozostaje.